Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dolina Orkhonu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dolina Orkhonu. Pokaż wszystkie posty

sobota

Dzień Szesnasty - Powrót

Sobota, 7.08

Ruszamy w drogę powrotną przez górę. Zżyłam się już z moim Bursztynem i ciężko będzie mi się z nim rozstawać. Jedzie mi się też dziś już dużo swobodniej, pewnie się czuję w siodle. Nawet siniaki już dziś tak nie bolą. Po przejechaniu przez górę, jedziemy przez kilka godzin przez otwarty step, inną drogą (czy raczej: bezdrożem), niż gdy jechaliśmy w przeciwnym kierunku. Po drodze zatrzymujemy się przy gerze na airag. Airagu nie ma, ale jest wzamian świeżo upieczony chleb i domowej roboty masło. Coś pysznego! To też najbardziej kolorowy i zadbany spośród wszystkich gerów, które mieliśmy dotąd możliwość odwiedzić. Gospodyni najwyraźniej ma zmysł artystyczny.
Wodospadu tak wczoraj jak dziś nie zobaczyliśmy. Najwidoczniej nie było nam z nim jednak po drodze. Spotykamy za to Francuza, który przyjechał do Mongolii specjalnie na 17 dni konnej wycieczki. Farciarz, bo ma wygodne europejskie siodło. Gdy mówimy mu skąd jesteśmy, reaguje bardzo żywiołowo, bo jak się okazuje jego dziewczyna jest Polką. Mieszkają razem w Paryżu. Nie mogła przyjechać tu razem z nim, gdyż nie dostała urlopu.
Gdy dojeżdżamy do naszych gerów, wita nas Cirin. Wylewność tego przywitania wskazuje, że nie do końca jeszcze jest trzeźwy. Mówi, że przyjechał tu jego syn i świętowali swoje spotkanie. Krótko po tym, jak nas wszystkich wyściska i wycałuje, zasypia w samochodzie.
Jeszcze kiedy jechaliśmy, Wiesiek z Bartkiem zastanawiali się czy po powrocie zastaną swój zapas piwa. Teraz szukają go w aucie i nie znajdują. "Cirin, gdzie piwo?" pytają Miśka. "Niet. Piwo finisz" odpowiada z powagą Cirin. Po chwili jednak, śmiejąc się, poklepuje Wiesława po ramieniu i pokazuje, gdzie je przełożył.
Żegnamy się z naszymi przewodnikami i do umówionej sumy dorzucamy im jeszcze 30000TG napiwku. Bardzo nań zasłużyli.
Znosimy w wiadrach wodę z rzeki i robimy w niej pranie. Wieszamy je na sznurze rozwieszonym między gerami. Trzeba go pilnie strzec przed kozami... Urządzamy sobie też wewnątrz geru łazienkę. Wypraszamy panów na zewnątrz, podgrzewamy sobie na palniku wodę i się kąpiemy.
Pogodę przez poprzednie 2 dni mieliśmy wymarzoną, dziś jednak robi się chłodno i wieczorem zaczyna padać.

Dzień Piętnasty - Zaraz za górą...

Piątek, 6.08

Wstaję wcześnie rano i wychodzę na spacer. Nad jeziorem unosi się mgła. Woal mgły przesuwa się też wzdłuż pasma pobliskich gór. Nasze konie, już przebudzone, posilają się zroszoną trawą. Idę w stronę geru, który znajduje się nieopodal. Gospodarz wypędza na wypas stado kóz i owiec. Nad jeziorem pasą się już jego jaki.
Myję włosy w zimnej wodzie z jeziora - po takim myciu będą pełne życia! (czyt. pełne pierwiotniaków i innych żyjących w wodach jeziora stworzeń). Lucynka także wybiera się nad jezioro na poranną toaletę. Po pewnym czasie widzimy ją, jak przechodzi kilka razy z miską tam i z powrotem. Gdy w końcu do nas dociera, pytamy ją, czego szukała. Okazuje się, że szukała... nas! Ma bardzo sympatyczny talent do tego, by się zagubiać.
Na śniadanie znów jemy makaron z mięsną konserwą. Ma nam zapewnić energię na cały dzień w siodle. Jako suchy prowiant zabieramy ze sobą tylko trochę słodyczy.
Na wycieczkę wybieramy się nad kolejne siedem z ośmiu rozrzuconych w tym regionie jezior. Dziś na koniu jedzie się trudniej, bo tyłki i uda mamy posiniaczone po wczorajszym dniu. Mongolskie drewniane siodła są bardzo twarde. Wiesiek i Bartek jako pierwsi wpadają na pomysł, by na siodło położyć sobie polar dla większej wygody. Idę w ich ślady.
Zatrzymujemy się nad jeziorem fotografować stado dzikich kaczek. Po drugiej stronie jeziora z kolei są gery, do których postanawiamy zaglądnąć na airag. W Mongolii wchodzi się do kogoś geru bez pukania. Każdy może wejść w gości w dowolnym momencie. Wchodzimy więc i, jak wszędzie, zostajemy życzliwie ugoszczeni przez gospodarzy. Dostajemy airag i jesteśmy częstowani tradycyjnie ciasteczkami i serem. Mongolska gościnność jest równie bezkresna jak step!
Dziś jadę na innym koniu - jednym z tych, które wczoraj nosiły nasze plecaki. Ma więcej werwy i jest bardziej uważny. Kasztanek często się o coś potykał, ten pewniej stawia kroki. Chrzczę go: Bursztyn, a to ze względu na miodowy kolor sierści. Często w czasie jazdy do niego mówię, a nawet zaczynam mu śpiewać. Nasi przewodnicy niemal przez całą drogę coś śpiewają, nucą albo wygwizdują melodie. Nie tyle idę za ich przykładem, co śpiew sam ciśnie mi się na usta. Zaczynam rozumieć, skąd Mongołowie są tak rozśpiewanym narodem. Przemierzając stepy konno, nie sposób nie zacząć układać pieśni! Melodie i słowa same przychodzą do głowy. Ja także układam pieśń dla swojego Bursztyna. Śpiewam mu tak:

"Wśród stepów i gór Mongolii
gna z wiatrem koń.
Jego dom to otwarte przestrzenie
a w jego sercu wolności brzmi ton.

A jego sierść barwą bursztynu lśni
A w jego oczach ogień płonie święty
A w jego grzywie zaklęty wiatr tańczy
w takt pieśni nuconych wśród jurt...
"

Nie wiem co prawda czy Bursztyn rozumie po polsku, ale widzę po jego uszach, że słucha tego mojego śpiewania.
Gdy mój koń nie ma przed sobą innego konia, wyrywa mocno do przodu, by dogonić te, które są gdzieś przed nim. Rży przy tym głośno, jakby wołając do nich, by zaczekały. Ma silny instynkt stadny. Czuję się już dziś w siodle dużo pewniej niż wczoraj i jego żwawy charakter bardzo mi odpowiada.
W drodze próbujemy dowiedzieć się od naszych przewodników, jak daleko jeszcze do naszego postoju. Bagi pokazuje na migi, że blisko i że to zaraz za tą górką przed nami. Za tą górką bynajmniej się jednak nie zatrzymujemy, więc znowu pytamy. Odpowiedź jest ta sama: blisko i zaraz za górą. Przejeżdżamy i tę górę i wciąż nie widać jeziora, nad którym mamy zaplanowany postój. Znowu pytamy i znów "słyszymy", że zaraz za górą... Później czytamy w naszym przewodniku, że "zaraz za górą" to typowa odpowiedź, jakiej należy spodziewać się usłyszeć od przewodnika na zapytanie o dystans, który pozostał do przebycia. W końcu jednak docieramy. Przed nami jezioro i Bagi pokazuje nam na zegarku, że mamy tutaj godzinę przerwy. Odpoczywamy więc, mocząc nogi w zimnej (i jakże czystej!) wodzie jeziora. Strojne w chmury niebo przegląda się w jego tafli. W lesie nieopodal jest pełno grzybów wyglądających nam na maślaki. Nikt tu grzybów nie zbiera. Wydaje się, że Mongołowie nie uwzględniają ich w swoim jadłospisie. Pytam Bagiego na migi o wodospad, nad który spodziewaliśmy się w czasie naszej wycieczki konnej dotrzeć. Bagi potwierdza, pokazując jak ja wodospad w migowym jezyku, z czego wnioskuję, że nad wodospad dotrzemy. Mijają jednak kolejne godziny jazdy, a wodospadu ni widu ni słychu. Mijamy za to kolejne jeziora. Nad jednym z nich mamy kolejny, krótszy tym razem postój.
Pod wieczór siodło znów bardzo się daje we znaki. Sińce bolą tak mocno, że ledwo daje mi się w nim usiedzieć. Wracamy w to samo miejsce, skąd wyjeżdżaliśmy rano i znów zatrzymujemy się przy tym samym gerze na airag. Na nocleg jedziemy kawałek dalej w stronę góry, przez którą przejeżdżaliśmy wczoraj. Rozstawiamy namioty w dolinie u jej podnóża. Ponieważ skończyły nam się zapasy wody, prosimy naszych przewodników, by skądś jej dla nas przywieźli. Zabierają puste plastikowe butelki, wsiadają na oklep na konie i popędzają je, by gnały co sił w kopytach. Po kilkunastu minutach wracają z wodą. Na kolację gotujemy z niej zupę. Po raz pierwszy wrzucamy tutaj do wody tabletki uzdatniające ją do spożycia. Przywieźliśmy ich z Polski duży zapas, ale koniec końców przed powrotem do kraju rozdzielamy je między siebie niemal zupełnie niewykorzystane.
Za nami piękny dzień. Wiesiek mówi, że ta wycieczka konno to jedno z najpiękniejszych przeżyć z wszystkich jego podróży. Ja odkrywam nową pasję. Myślę o tym, jak by to zrobić, aby stać mnie być mogło na własnego konia...

Dzień Czternasty - Chuuu!!!

Czwartek, 5.08

Od wczesnego rana przygotowujemy się do wycieczki. Przepakowujemy plecaki, tak by zabrać ze sobą tylko to, co potrzebne nam będzie w czasie trzech dni konno. Spać będziemy w namiotach, więc konieczne jest zabranie karimat i śpiworów, a także zapasu jedzenia dla nas i naszych przewodników. Zgodnie z wymogiem, by na grupę pięciu osób przypadał jeden przewodnik, pojedzie ich z nami dwóch. Pojedziemy wszystkiego w dziesięć koni, bo dwa objuczymy bagażami - za jednego konia za dzień zapłacimy 7000TG (16zł). U nas 50zł kosztuje godzina jazdy konnej, tu za cały dzień, wliczając w to opłacenie przewodnika i konia bagażowego, płacimy mniej niż 30.
Na śniadanie zjadamy resztkę makaronu z sosem, które przyrządziliśmy wczoraj na kolację. Makaron jemy tu często i już coraz trudniej się nam nań patrzy. Jemy też resztkę chleba, który zawilgnął i zaczyna przybierać pleśnią. Nasz jadłospis jest tu mało urozmaicony - na śniadania jadamy kanapki z konserwami mięsnymi, rybami z puszek, kiszonymi ogórkami, dżemem, czasami też z serem kupionym u gospodarzy, a na kolacje makaronowe lub ryżowe papki. Szczęśliwie nasz kierowca ma po całej Mongolii rozsianą rodzinę i przyjaciół i zawsze znajdzie się ktoś, kto go dożywi. Gdyby miało go sycić tylko to, co my mu zapewnimy do zjedzenia, pewnie już po kilku dniach porzuciłby nas gdzieś w stepie... Mongolskie przysłowie mówi: "Ten kto ma przyjaciół, jest jak step rozległy. Kto ich nie ma, jest jak dłoń mały." I głodny - chciałoby się dodać...
Przewodnicy mają być o 10, a ponieważ, jak zwykle, wstaliśmy wcześnie, mamy jeszcze trochę czasu zanim przyjadą. Wybieram się fotografować szarotki - są ich tu całe łąki. W Tatrach wypatrzenie szarotki jest ewenementem, tu widujemy te kwiaty codziennie.
Mamy też możliwość podpatrzeć, jak rozstawia się ger. Nowoprzybyła rodzina (wszyscy ubrani w tradycyjne deele) rozkłada na ziemi przywiezione toboły, a wśród nich wszystko to, co potrzebne, by postawić dom. Oprócz materiałów, kratki mającej posłużyć za konstrukcję ścian, drzwi, belek, obręczy sufitowej i słupków, które będą je podtrzymywać, są tu też łóżka i szafki. W przeprowadzce pomagał jak. Wokół budowniczych zgromadziły się dzieci z sąsiedztwa. Rozłożyły się na łóżkach i obserwują całą scenę. Jeśli tylko cywilizacja zachodu nie zrobi tutaj przewrotu, kiedyś i one będą rozstawiać swoje gery. Najpierw rozstawiana jest po okręgu drewniana kratka i mocowane są drzwi. Gdy szkielet okrągłej budowli już stoi, po środku na drewnianych słupkach ustawiany jest okrąg dachowy i rozkładane są belki promieniście łączące okrąg z tworzącą ściany kratą. Ani słupki, ani belki nie są zdobnie pomalowane - być może malować się je będzie dopiero, gdy ger już powstanie.
Jest po 10, gdy przyjeżdżają nasze konie. Nasi przewodnicy, jak się okazuje, nie znają ni słowa w języku angielskim. To młodzi chłopcy, bracia, starszy może mieć 20-22 lata, młodszy jeszcze naście. Chwilę to trwa, kiedy objuczają dwa konie naszymi bagażami. Przyglądam się pozostałym wierzchowcom z głową pełną obaw i modlę się w duchu o to, aby w czasie jazdy nie spaść z siodła. Jeździć konno przecież nie umiem. Starszy z przewodników, Bagi, prosi przewodniczkę jakiejś grupy turystów o tłumaczenie, gdy będzie mówił nam, jak prowadzić konia. Wpierw pada pytanie, czy konno jeździć umiemy. Mówimy, że nie, więc następuje teraz lekcja, która trwa łącznie z czasem na tłumaczenie jakieś... 5 minut! Tak się wsiada, podchodzi się do konia tylko od strony lewego boku, tak się skręca w lewo, tak w prawo, tak popędza, a tak zatrzymuje. Siedząc na koniu nie można hałasować, zdejmować ubrań, ani fotografować, aby konia nie spłoszyć. I już. Wszystko wiemy, możemy wsiadać na konie i jechać. Wsiadamy więc i jedziemy. Wybrałam sobie konia, który z pyska wygląda mi na łagodnego. Zanim na niego wsiadłam, zapytałam przewodnika dla całkowitej pewności czy jest nom-hu - dobrze ułożony. Bagi potwierdził, pokazując, że wszystkie konie są nom-hu. Koń rzeczywiście prowadzi się łatwo, choć jest nieco ospały i niechętnie przyspiesza kroku. Niemniej, moje obawy szybko ustępują wszystkim odcieniom frajdy. Wspaniale jest jechać przed siebie przez step na koniu! Każdy z naszych koni jest inny. Romek i Wiesiek dostali najmocniejsze i najbardziej wyrywne konie, szybko udaje im się je jednak ze sobą zestroić i podporządkować. Lucynce ta sztuka przychodzi z początku trudniej i jej koń niesfornie wyrywa się do przodu, a Agi koń kopie, jak ona mówi, konie, z którymi się nie lubi. Z moim jej koń się lubi, może dlatego, że mają to samo imię: Huir Muur. Ja chrzczę jednak swojego: Kasztanek, a Aga mowi na swojego: Zuza. Muur znaczy koń. Nasze wio po mongolsku to chuuu [tu czyt. czu]. Konie jednakże, bardziej niż na chuuu i popędzanie nogami, reagują przyspieszeniem kroku, gdy konie przed nimi przyspieszają.
Od pewnego momentu w drodze zaczyna boleć mnie brzuch. Najwyraźniej zaszkodziło mi coś ze śniadania. Gdy zsiadamy z koni na drugi postój przy gerach (napić się airagu rzecz jasna), boli mnie już tak bardzo, że ledwo jestem w stanie się ruszać. Odpoczywamy tu dłuższą chwilę, jednak to dla mnie zbyt krótko, by wrócić do formy. Nie jestem w stanie w tym momencie wsiąść z powrotem na konia. Aga lituje sie nade mną i za co jestem jej ogromnie wdzięczna, decyduje się zostać tu ze mną jeszcze jakiś czas. Zostaje też z nami Bagi, a reszta grupy z drugim przewodnikiem ruszają w dalszą drogę. Jeśli do dwóch godzin ból nie minie, będę musiała zawrócić. Wierzę jednak w to, że nie będzie takiej potrzeby. Zdążyłam już polubić przygodę konną na tyle, by nie móc sobie odżałować ciągu dalszego. Siedzimy z Agą w lasku w pobliżu gerów. Chodzą po nas pokaźnych rozmiarów mrówki. Co pewien czas przychodzi też ktoś na nas zaglądnąć - to ktoś na koniu, kto zna kilka słów po angielsku i pyta o naszą trasę, to jakaś wymalowana dziewczyna, z którą nie zamieniamy słowa poza "sainbainauu", bo zna tylko mongolski. Wygląda na to, że stałyśmy się miejscową atrakcją. Siada też przy nas na chwilę Bagi. Aga próbuje czytać teksty piosenek z książeczki dołączonej do płyty z mongolską muzyką pop, którą ma przy sobie. Bagi śmieje się, co chwila ją poprawiając.
Gdy mija 1,5 godziny, poprawia mi się na tyle, że jestem gotowa jechać. Wsiadamy na konie i ruszamy. Bagi, mimo iż jestem temu niechętna, prowadzi mnie na ląży. Kończy się step i zaczyna się podejście w górę przez las. Jest tu całkiem stromo. Trudny teren, jak na pierwsze lekcje jazdy konnej. W drodze stajemy, by przepuścić schodzące z góry objuczone jaki. Gdy już osiągniemy szczyt góry, schodzimy na dół. Na stromszy odcinek drogi zsiadamy z koni i idziemy, prowadząc je za uzdy. Nad jezioro, nad którym mamy nocować, docieramy w 45 minut po tym, jak dotarła tu pozostała częśc grupy. Zdążyli już jednak przez ten czas rozbić namioty i zacząć przygotowywać kolację. Jemy kanapki z ostatniego bochenka chleba. Zaczynamy się martwić, jak nasi przewodnicy przetrwają te 3 dni na naszym jedzeniu... Choć z drugiej strony, wydają się być bardzo zahartowani. Śpią na swoich bagażach przykryci jedynie grubą płachtą, nie mając nad sobą żadnego zadaszenia.
Aga często ubolewa nad tym, że nie zna angielskiego, na migi porozumiewa się jednak najlepiej z nas wszystkich. Bez problemu dogaduje się z naszymi przewodnikami - mówi do nich po polsku, wspierając słowa odpowiednimi gestami i świetnie się rozumieją. Jest w tym wprost doskonała!
Romek, naśladując różne zwierzęta, próbuje się dowiedzieć od młodszego z naszych przewodników, jakie zwierzęta można tu spotkać. Niedźwiedzie? No, no. Wilki? No, no. Irbisy? No, no, odpowiada chłopak, śmiejąc się z naszej dociekliwości. Wygląda na to, że jedynymi dzikimi zwierzętami w okolicy są orły i gryzonie.
Palimy ognisko. Wieczorem robi się chłodno, jednak noc jest zaskakująco ciepła...

Info praktyczne: Wypożyczenie konia na cały dzień jazdy: 7000TG. Jedna godzina może jednak kosztować 4000-5000TG.

Dzień Trzynasty - Orły, kaszmir i dolina Orkhonu

Środa, 4.08

Zimny silny wiatr dmucha od samego rana, przeszkadzając w zwijaniu namiotów. Z trudem udaje nam się w tych warunkach zjeść śniadanie. Dopiero w miarę dnia, stopniowo się wycisza.
Dziś jedziemy przez jeszcze bardziej zielony krajobraz. Pojawiają się pagórki i wzgórza. W drodze zatrzymujemy się fotografować orły stepowe. Uciekają przed nami, lecz nie zraża nas to, by podążać za nimi z aparatem.
Czas płynie tu dla nas tak zupełnie inaczej, że przestaje mieć znaczenie, jaki jest dzień tygodnia. Gdy próbujemy to ustalić, zwykle gubimy się w swoich obliczeniach.
W południe robimy dłuższy postój przy targu w miasteczku Arvaycheer. Przewidując chłodne wieczory, kupujemy tu sobie z Lucynką swetry z kaszmiru. To pierwsza okazja do takich zakupów. Roman kupuje 10 płyt z mongolską muzyką, za każdą płacąc 1000TG (niecałe 3zł) i szpiczastą mongolską czapkę - kolekcjonuje nakrycia głowy z miejsc, do których podróżuje. W knajpce na targu jemy gulasz, na który składa się porcja ryżu, wołowina w sosie i sałatka jarzynowa z majonezem. Romek się nam gubi i je w tym czasie w innym miejscu kotlet z wielbłąda.
Po południu wjeżdżamy do Parku Narodowego w regionie 8 jezior. Przed wjazdem do parku uiszczamy standardową opłatę w wysokości 3000TG/osoba i dostajemy po ładnie wydrukowanym bilecie z podobizną orła i śnieżnej pantery. Jesteśmy teraz w dolinie rzeki Orkhon. To obszar wliczany do dziedzictwa UNESCO. Kawałek za granicą parku spotykamy orła. Siedzi przywiązany do palika przed otoczonym drewnianym ogrodzeniem gerem. Za 1000TG można wziąć go na rękawicę i zrobić sobie z nim zdjęcie. Oczywiście z okazji tej korzystamy. Orzeł jest dość ciężki i gdy trzymam go na ręce, trudno mi nią poruszyć, by zmobilizować go do rozłożenia skrzydeł. Innym jednak wychodzi to łatwiej... W zachodniej części Mongolii, Kazachowie urządzają polowania z orłami. Polowania takie odbywają się głównie zimą - orły polują na zające, lisy, a nawet na wilki! Latem organizowane są pokazowo dla turystów. Osobiście jestem przeciwniczką takiego zabijania na pokaz, więc pewnie nawet gdybyśmy znaleźli się w zachodniej części Mongolii, nie byłabym zainteresowana by owe widowisko zobaczyć.
Po drodze widzimy też po raz pierwszy w Mongolii jaki. Oczywiście chcemy się przy nich zatrzymać, aby porobić zdjęcia, ale Cirin gasi nasz zapał, mówiąc, że jeszcze będą. Robi się późno, a musimy znaleźć dobre miejsce na nocleg.
W mijanym dalej gerowisku spotykamy znów naszą przyjaciółkę z jej grupą. My jednak nie zatrzymujemy się tutaj, tylko jedziemy dalej. Zbyt dużo tu turystów i nie ma już koni, które możnaby wynająć na wycieczkę, a taki właśnie mamy zamiar. Znajdujemy w końcu ger turystyczny na nocleg, rozpakowujemy się w nim, a Cirin jedzie dla nas zapytać o konie. Wraca z informacją, że umówił je dla nas na jutro rano. Początkowo planowaliśmy wyruszyć dopiero pojutrze, ale skoro już są umówione, zaoszczędzimy w swoim planie podróży jeden cały dzień.
To pierwszy ger turystyczny, w którym śpimy, a w którym jest koza i zapas drewna do palenia. Noce są chłodne, więc rozpalamy wieczorem ogień. Ger szybko się nagrzewa i robi się tu gorąco. Zasypiamy w klimacie tropików, do rana znów jednak jest zimno.