Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jezioro Khovsgol. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jezioro Khovsgol. Pokaż wszystkie posty

piątek

Dzień Dwudziesty Ósmy - Duża Góra

Czwartek, 19.08

Noc była mroźna. Nie domyka nam się zamek w namiocie i sporo zimnego powietrza weszło do wewnątrz. Z powodu zimna, pomimo puchowego śpiworu i czapki z wielbłąda, ledwo tę noc przespałam.
Nastawiliśmy budzik na godzinę 6:04. Idziemy dziś z Romkiem i Lucynką w góry. Jeszcze nie wygrzebaliśmy się z namiotu, kiedy słyszymy syk palnika - znak, że Cirin rozpala już palenisko w gerze, gdzie śpią nasi przyjaciele.
Poranek jest piękny. Niebo jest bezchmurne, nad jeziorem unosi się mgła. Na tropiku namiotu, jak i na trawie i płótnie geru, osiadł przez noc szron.
Zmarznięci po nocy, ogrzewamy się przy kozie i jemy ostatnie kromki chleba. Po drodze mamy zatrzymać się w sklepie, żeby kupić coś na śniadanie dla reszty naszej ekipy. Jedzie z nami przewodnik, aby wskazać nam miejsce, z którego mamy wyruszyć, by dojść na Ikh Uul (2967mnpm). Jest nieco po godzinie 7. Sklep niestety jest jeszcze zamknięty, więc będą musieli wybrać się na zakupy raz jeszcze... Jedziemy jakiś kilometr wąską polną drogą wiodącą przez łąki i lasy. Zatrzymujemy się w miejscu wskazanym przez przewodnika i wysiadamy z auta. Przewodnik pokazuje na lesiste pasmo gór przed nami. Cirin tłumaczy nam, co do nas mówi. Wynika z tego, że Ikh Uul jest za tymi lesistymi górami. Gdy wejdziemy na nie, powinniśmy zobaczyć drogę dla koni, którą możemy podejść pod sam szczyt. Dziękujemy za wskazówki i się żegnamy.
Nie ma tu żadnego szlaku prowadzącego na zalesione wzgórze - trzeba nam przecierać sobie drogę przez zarośla. Pod górę wychodzimy ścieżynkami wydeptanymi przez zwierzęta, a na leśnych polanach napotykamy odchody niedźwiedzi. Gdy już jesteśmy na szczycie wzniesienia, zamiast końskiego traktu, widzimy przed sobą skalistą górę. Decydujemy się na nią wdrapać, ale zanim, zajadamy się z Lucynką rosnącymi tu dzikimi porzeczkami. Bardzo trudno nam się od nich oderwać... Owoców w Mongolii przecież za grosz! Romek robi co może, by zmotywować nas do dalszego marszu, ale trochę czasu mija, zanim nasycimy się witaminą C na tyle, by uznać, że to właściwy moment do ruszenia w dalszą drogę. Wspinamy się po osuwających się spod nóg kamieniach. Gdy już jesteśmy na górze, okazuje się, że spokojnie mogliśmy ją ominąć. Trzeba nam wejść na kolejną zalesioną górę. Za tym lesistym pasmem są skaliste szczyty, które wydają nam się być naszym celem. Odpoczywamy tu chwilę i idziemy dalej.
Wychodzimy z lasu na przełęcz, z której mamy piękny widok na jezioro. Pełno tu drobnych niebieskich kwiatków. Za skalistymi górami, które są tuż przed nami, odsłonił się z kolei nowy ośnieżony szczyt - mniemamy, że to pewnie Ikh Uul, obieramy więc go sobie za kierunek. Po drodze są płaty świeżego śniegu. Fragmenty trasy przechodzimy wąską ścieżką, tym razem zdaje się, że wydeptaną przez ludzi. Ktoś więc jednak tu chodzi. My jednak na swoim szlaku nie spotykamy żywego ducha (szczęśliwie wliczając w to pojęcie niedźwiedzie).
Widoki wkoło są cudne. Na prawo od kierunku, w którym idziemy, widzimy bardzo zróżnicowane pasma gór i kratery wulkanów, za nami jezioro, z lewej mamy widok pasmo szczytów, które są bezpośrednio przed nami.
Po dużych głazach i osuwisku kamieni wychodzimy na płaski szeroki szczyt, po środku którego ułożone są z kamieni 3 stosy owo. W pobliżu jednak jest jeszcze jedna góra, która wydaje nam się wyższa od tej, na której stoimy i to tamtą ustalamy sobie za ostateczny cel naszej wędrówki. Wspiąć się na nią jest trudniej. Wejście nań wymaga pełnej uwagi i wsparcia rąk. Bardzo łatwo też wpaść nogą w głębokie szczeliny między głazami. Na szczycie skaczemy po czubkach wystających ze śniegu głazów. Widoczność jest wymarzona. Dzień jest ciepły i niebo jest przejrzyste. Dużo słońca, żadnych chmur. Żadnych ludzi. Wkoło dziewicze góry. Za nami 8 godzin wędrówki. Jest już godzina 15, więc nie ominie nas schodzenie po ciemku. Gdy już zeszliśmy z góry na przełęcz pomiędzy "naszym" szczytem a szczytem, na którym są owo, spotykamy turystę z Francji. Jest tu z trójką znajomych, oni jednak zostali na górze z kopczykami kamieni. On sam też nie wybiera się już dalej. W ogóle wydaje nam się, że na szczyt, na który weszliśmy, mało kto wchodzi, kończąc trasę na tym poprzednim. Czy weszliśmy na właściwy Ikh Uul - chyba nigdy się tego już nie dowiemy. Na pewno wyszliśmy na najwyższy szczyt w okolicy. Nazwa Ikh Uul oznacza po prostu: duża góra. Wydaje się, że wiele szczytów miejscowi mogą nazywać tu tymi słowami.
Przed dalszą trasą, napełniamy tu butelki wodą ze strumienia.
Omijamy szczyt z owo trawersem, idąc stromym zboczem po osuwających się kamieniach i śliskich płatach śniegu. Ostrożnie trzeba stawiać tu każdy krok. Gdzieniegdzie zapadamy się po kolana w zaspy. Gdy docieramy na przełęcz, decydujemy się na kolejny skrót. W dole, po lewej od przełęczy swój początek ma rzeka. Wymyślamy, aby dojść do jeziora jej korytem. Za niedługo zapadnie zmrok, więc gdybyśmy chcieli wracać drogą, ktorą przyszliśmy, jest ryzyko, że pobłądzimy. Zejście do koryta rzeki okazuje się być jednak karkołomne. Drobne żwirowe kamienie osuwają się spod stóp z efektem lawiny. Im niżej schodzimy, tym trudniej jest wyszukać stopą i dłonią fragmenty podłoża mogące dać oparcie. O upadek na skałę poniżej nie trudno. Gdy w końcu udaje nam się zejść do rzeki, niewiele jest łatwiej. Ziemia wciąż się spod stóp osuwa. Przeskakujemy po mokrych kamieniach z jednego brzegu na drugi, to znów idziemy wzdłuż jej skalnego koryta, szukając dłońmi uchwytów w skale, a stopami skalnych występów, o które można by zaczepić choć czubek lub krawędź buta. Jako że jednak kontakt ze skałą lubimy, pomimo zmęczenia i niewątpliwego ryzyka - lepiej nie myśleć jakiego w skutkach - upadku, jest to schodzenie dla nas atrakcją. Rozluźnić uwagę można niemniej dopiero, gdy docieramy do pierwszych drzew. Teraz nasza droga przebiega szerokim skalistym kanionem otaczającym koryto rzeki. Tu już teren jest zupełnie bezpieczny. Stąpamy po granitowych głazach - wydaje się, że nikt nie eksploatuje tutaj ich naturalnych złóż. Zbyt trudno byłoby je stąd przetransportować. Zapada zmrok. W miarę drogi rzeki ubywa, aż w końcu idziemy zupełnie wyschniętym korytem. Co jakiś czas zbaczamy zeń na łąkę i w las, szukając wydeptanej przez ludzi lub konie ścieżki. Jest już zupełnie ciemno. Przyświeca nam jedynie światło księżyca. Mamy ze sobą co prawda czołówki, ale nie wyciągamy ich z plecaków. W końcu dochodzi naszych uszu szczekanie psów, co oznacza, że w poblizu są gery. W istocie, w chwilę później dochodzimy do drogi, którą wczoraj wracaliśmy ze spaceru. Do "naszego" geru docieramy o 22.30. Przez brak zasięgu w telefonach nie mieliśmy przez cały dzień z nikim kontaktu i teraz dostajemy burę za tak późny powrót. Podobno, ledwo zapadł zmrok, byliśmy już poszukiwani w miejscu, gdzie rano rozstaliśmy się z Cirinem.
Aga z Bartkiem i Wiesiek spędzili ten dzień na wycieczce konnej. Wyjechali z przewodnikiem na jedną z gór w otoczeniu jeziora. Podobnie jak dla nas, był to dla nich dzień bardzo udany!
Zmęczeni, szybko zasypiamy. Nie ma dwóch zdań - to był jeden z najatrakcyjniejszych dni w Mongolii!

Dzień Dwudziesty Siódmy - Wszystkie odcienie błękitu, dymiąca babcia i Bente

Środa, 18.08

Dziś rano już nie pada, choć niebo od zachodu zaciąga się chmurami. Rozważamy, co robić dalej. Opcji jest kilka. Wyjście w góry dziś raczej odpada, gdyż pogoda wciąż jest niepewna, zastanawiamy się więc czy ujechać kawałek dalej wzdłuż jeziora, czy może zawracać już w stronę Ulan Bator i wybrać się na 2 dni do parku narodowego Terejl lub tego, w którym spotkać można dzikie konie przewalskiego. Przechodzi nam też przez myśl, aby jechać na drugą stronę jeziora z nadzieją, że może tam uda nam się spotkać Caatanów. Ostatecznie podejmujemy decyzję o pozostaniu tutaj. Wsiadamy w samochód i ujeżdżamy kolejne 20km. Jezioro odwdzięcza się nam za nasz wybór, odsłaniając przed nami piękną paletę kolorów. Tafla wody mieni się tęczą odcieni błękitu. Na północnym horyzoncie jeziora dopełniają baśniowego piękna białe górskie szczyty. Jezioro Khovsgol nazywane jest perłą Mongolii - na określenie to w pełni zasługuje!
Zamawiamy u miejscowych 4 konie na kilkugodzinną wycieczkę. Umawiamy się na cenę 3000TG za konia. Mają przyjechać do nas za godzinę. Właściciel koni wskazuje nam ger, w którym będziemy mogli zostać na nocleg. Mieszka tu starsza pani ze swoją córką. Ledwo wchodzimy do środka, nalewa nam do miseczek sute czaj i zachęca, by się rozgościć. Pokazuje nam album zatytułowany "Mongolia", w którym jest także jej zdjęcie. Na tym zdjęciu jej twarz przesłonięta jest dymem z papierosa. Babcia pali papierosy jednego za drugim. Wprost trudno uwierzyć, że tak zdrowo i dziarsko się trzyma! Przychodzi tu też w gościnę troje młodych chłopaków z Izraela. Są w trakcie 2-tygodniowej wycieczki konno. Odsprzedajemy im pół butelki benzyny - skończyło im się paliwo do kuchenki, a tu trudno o stację benzynową. Pokazujemy im album, a w nim zdjęcie gospodyni. Zjawia się także mama z maleńkim dzieckiem na ręku. Dzieciątko ma kilka miesięcy i jest ubrane w jedwabny deel. Chcę je sfotografować. Gdy już zdjęcie zrobione, Aga mówi mi, że Cirin przestrzegał, aby nie robić zdjęć dzieciom poniżej roku życia, bo to ściąga na nie złe duchy... Ależ faux pas! Na szczęście mama dziecka nie widziała, gdy robiłam mu zdjęcie i nie będzie świadoma powodu do zmartwień...
Romek z Lucynką idą na spacer w stronę gór, my czekamy na swoje konie. Zjawiają się z dużym opóźnieniem i w dodatku okazuje się, że 3000TG to cena za wypożyczenie konia na godzinę. Wydaje nam się to dużo i rezygnujemy. Wzamian wybieramy się na pieszy spacer brzegiem jeziora. Pejzaż przed nami jest tak cudny, że nie sposób żałować, że jednak nie jedziemy w siodle. Od północnego zachodu jezioro otulone jest różnobarwnym łańcuchem gór, a na północy pasmem górskim lśniącym śnieżną bielą. W kompozycji z kolorytem tafli wody góry tworzą iście bajkową scenerię. Słowo: zachwyt to zbyt mało, by opisać ogrom doznań, jakie wzbudza ten widok.
Idziemy spory kawałek drogi kamienistym brzegiem, a zawracamy lasem. Mija nas grupka jeźdźców. Tak! Jeśli przyjeżdża się do Mongolii, koniecznie trzeba wsiąść tu na konia!
Romek z Lucynką wracają do naszego aułu w godzinę po nas. Przecierali sobie szlak przez dziewiczy las na szczyt jakiegoś wzniesienia. Z tego co mówią niewiele jednak było zeń widać. Chwilę temu sąsiad przyniósł nam uwędzone ryby, których 10 zamówiliśmy u niego rano. Chcieliśmy 14, aby dla każdego były po 2, ale nie udało się w tym temacie dogadać. Tak czy owak, mamy pyszną kolację. O swoją kolację dopomina się też... krowa. Stoi przed gerem i wkłada głowę przez drzwi do środka, rozglądając się za czymś do zjedzenia. Babcia daje jej na ręce jakiś smakołyk. Krowie to najwyraźniej wystarcza, bo zadowolona odchodzi.
W sąsiedztwie nocuje para z Francji. Właściwie to on jest Franzucem, a ona Niemką, mieszkają jednak razem w Paryżu. Przyjechali do Mongolii na 2 tygodnie. Pierwszy tydzień spędzili na spływie kajakowym w parku Terejl, teraz konno przemierzają region Khovsgol. Dziś wyjechali na koniach na jedną z gór, skąd roztacza się piękny widok na okolicę. Opowiadają, że po drodze spotkali mężczyznę, któremu zagubiła się żona. Szlaków nie ma, więc o zgubienie się w tutejszych górach nie trudno.
Wieczorem do "naszego" geru przychodzi mały chłopczyk. Na oko może mieć 5-6 lat, nie więcej. Aga pyta go po polsku jak ma na imię. Chłopczyk mówi: Bente. Agnieszka, wskazując na siebie mówi: Agnieszka i teraz wskazując na niego, pyta: "Ty?" "Bente" odpowiada chłopczyk po raz drugi. To dość niezwykłe, ale w intuicyjny sposób odgadnął treść jej wcześniejszego pytania. Teraz powtarza nasze imiona - wymawia je z bęzbłędnie polskim akcentem. Dajemy mu modelinę. Aga lepi z niej razem z nim zwierzątka. To hoń (owca), to ślimak, a to wąż. "Mowo" woła Bente. "Mowo"? pytamy Cirina. "Mowo snake" odpowiada Cirin. Uczymy się więc przy Bente nowych mongolskich słów... A ile w nim energii i radości! Trudno pomieścić to w słowach. Nauczyciel z polskiej szkoły pewnie przypiąłby mu etykietkę z napisem: ADHD. Gdy frajda z lepienia zwierzątek się wyczerpie, Wiesiek pokazuje Bente zabawę w "zgaduj zgadula, w której ręce złota kula". Chłopiec szybko podchwytuje zabawę i teraz wszyscy kolejno musimy zgadywać, w której ręce chowa kulkę z modeliny. Mnóstwo to radości i śmiechu, gdy ktoś z nas spudłuje! Wychodzę z aparatem fotograficznym na zewnątrz. Bente wybiega za mną. Podpatruje, jak fotografuję i żywo interesuje się aparatem. Pokazuję mu jak się robi zdjęcia i jak się je przegląda. W lot uczy się co i jak i już po chwili goni z moim aparatem po "podwórku" pstrykając fotki. Fotografuje to drzewko, to jaka, to koszulkę swojego starszego brata. Szybko uczy się jednak, jak trzymać aparat, aby w kadrze zdjęcia znalazła się też głowa fotografowanej osoby. Wczuwa się w rolę fotografa tak mocno, że zaczyna mnie, swojego brata i kolegę do zdjęć ustawiać. Gdy na podwórku pojawia się babcia, także w kadr obiektywu zostaje wciągnięta. Frajda z robienia zdjęć jest ogromna.
Babcia częstuje nas świeżo udojonym mlekiem jaka. Jest słodsze w smaku od mleka krowy. Wkrótce pewnie powstanie z niego ser.
W niewielkim gerze u babci nocuje tylko czworo z nas. Z Romkiem rozstawiamy dla siebie tuż obok namiot.

Dzień Dwudziesty Piąty - W siodle po raz drugi

Poniedziałek, 16.08

Pomimo luźno tu pojmowanych ustaleń czasowych, nasi przewodnicy spóźniają się tylko 10 minut. Początkowo myślimy, że to ojciec i syn, tak duża jest między nimi różnica wieku, okazuje się jednak później, że są braćmi. Młodszy ma 16, starszy 38 lat. Poprzednio mieliśmy same brązowe konie, jednego tylko białego, teraz proporcje są odwrotne - 9 z 10 koni jest białych (2 łaciate), jeden brązowy. Przewodnicy dobierają nam konie, oceniając na oko nasze predyspozycje do radzenia sobie z ich siłą i charakterem.
I znów siedzimy w siodłach! Stęskniłam się już za smakiem tej przyjemności. Te siodła rzeczywiście są dużo wygodniejsze od typowych mongolskich. Sińce zdają się nam nie grozić.
Z początku z trudem przychodzi mi zachęcanie mojego konia do przyspieszenia kroku. Nie reaguje ani na moje uporczywe "chuuu" (tu czyt. chuuu, widocznie inny dialekt), ani na popędzanie uderzeniami nóg o jego boki. Sporo czasu zajmie mi przyzwyczajenie go do reagowania na moje komendy.
Próbujemy się dowiedzieć, jakie nasze konie mają imiona, ale wychodzi na to, że są bezimienne. Młodszy przewodnik zna trochę angielski i pytanie "what is his name?" nie jest mu obce. Przy każdym kolejnym koniu, którego wskazujemy z tym zapytaniem, mówi: "no name", śmiejąc się. Jak później się dowiaduję, Mongołowie swoim koniom nie nadają imion. Przypisują im jedynie określenia opisujące ich maść lub usposobienie. Jako że poprzednim dwóm koniom nadałam imiona z racji ich umaszczenia, temu ustalam imię według tej samej zasady i mówię do niego: Siwek.
Jedziemy wpierw brzegiem jeziora. Dzień jest pochmurny i wczorajszy lazur wody utonął w szarościach. Zatrzymujemy się przy gerze rodzinnym starszego z naszych przewodników. Mieszka tu z żoną i 2letnim synkiem. Maluch wprost przepada za ojcem. Niezmiernie cieszy się na jego widok i mocno do niego się tuli. Widać między nimi dużo miłości. Są tu też handlarki i pytają nas, czy kiedy przyjedziemy z powrotem, będą mogły przyjść do naszych namiotów ze swoimi kramami. Nie wypada powiedzieć nie, więc już jesteśmy umówieni na zakupy. Wizyta tu najwyraźniej była zaplanowana. Żona przewodnika stawia przed nami garnek pełen chuuszuurów z farszem z jamy, świeżo upieczony chleb, domowej produkcji masło i pyszny ser z jaka. Airagu nie ma. Wzamian pijemy sute czaj. Nasi przewodnicy biorą ze sobą na drogę własne jedzenie. Śmiejemy się, że pewnie Cirin uprzedził ich, że jeśli sami nie zadbają o swoje żółądki, to będą przy nas przymierać głodem... I my dbamy o swoje, posilając się tutaj do syta. Najedzeni, ruszamy w drogę.
Jedziemy przez las, wpierw po w miarę równym terenie, a potem pod górę. Plan przewiduje, że jutro podjedziemy konno pod górę Ikh Uul, konie zaczekają, a my wyjdziemy na nią pieszo.
Zaczyna padać i stajemy, aby założyć na siebie peleryny. Bagaży zbytnio ochronić przed deszczem się nie da - spodziewać się trzeba, że będą mokre. Gdy wyjeżdżamy z lasu na otwartą przestrzeń, z lewej strony odsłania się przed nami piękna górska panorama. Widok na nią, tak balsamiczny dla serca, towarzyszy nam przez pewien odcinek drogi. Na postój na herbatę zatrzymujemy się na rozkwieconej leśnej polanie. Teraz nie pada, lecz ledwo ruszamy w dalszą drogę, znów zaczynają spadać na nas z nieba duże krople deszczu. Niebo przed nami przybrało kolor bazaltu - to znak, że blisko jest burza. Słychać pierwsze grzmoty. Popędzamy konie, aby jak najszybciej dotrzeć do miejsca, gdzie będzie można rozstawić namioty. Konie co prawda z burzą są oswojone i nie okazują przestrachu na jej odgłosy, trudno jednak przewidzieć, jak zachowają się, gdy oszczepy piorunów będą tuż tuż.
Namioty rozbijamy w deszczu w lesie, na nieco pochyłym terenie. Jest tak zimno, że zakładam na siebie wszystkie ciuchy, które mam przy sobie, łącznie ze swetrem z kaszmiru. Burza jednak nas omija, a i deszcz w końcu padać przestaje. Wychodzi słońce i znów robi się ciepło. Rozpalamy dwa ogniska - właściwie to jedno palimy my, a drugie nasi przewodnicy. Podziwiam, jak bardzo są zahartowani - chodzą boso po mokrej od deszczu trawie! Zadaszenie nad swoim legowiskiem zrobili z rozłożonej na kilku konarach płachty. W tym prowizorycznym schronieniu spędzą dziś noc. Nasze namioty to przy ich posłaniu kilkugwiazdkowe apartamenty. Oni jednak ze swoich miejscówek mają widok cenniejszy, bo prosto na położone poniżej jezioro Khovsgol.
Idziemy na spacer na pobliską górkę. Jak zachwalają nasi przewodnicy, piękny jest stamtąd widok na jezioro. I rzeczywiście - panorama urzeka. Aga zbiera tu nasiona dziko rosnącej cebuli. Razem z Lucynką zbierają w podróży nasiona różnych miejscowych roślin, chcąc je później zaszczepić na polskiej glebie. Schodząc z powrotem na dół, zajadamy się dziko rosnącą porzeczką. Chętnie zabralibyśmy jej trochę ze sobą "na potem", ale nie mamy jej do czego nazbierać.
Do późna siedzimy z Romkiem przy ognisku. Otaczają nas setki kilometrów dzikich przestrzeni. Myślę o porządku, jaki panuje w przyrodzie i o tym, jak w ów porządek ingeruje człowiek, regulując jej odwieczne prawa. Cisza płynąca z bezmiaru przyrody wokół przenika do serca. Jesteśmy nierozerwalną częścią tej potężnej, niezwykłej całości.

czwartek

Dzień Dwudziesty Czwarty - Jezioro Khovsgol

Niedziela, 15.08

Wczesnym rankiem Cirin odjeżdża z padrugiem do innego padruga, pogrzebać raz jeszcze w podwoziu auta. My w tym czasie jemy śniadanie. Choć właściwie śniadanie to słabe słowo na określenie tej uczty. Gospodyni zaopatrzyła nasz stół w same smakołyki - świeży ser, świeży jogurt, świeżą śmietanę. Mamy też kupione wczoraj na targu domowej produkcji konfitury. Gospodyni wychodzi przed dom i pierwszym mlekiem skrapia cztery strony świata, niebo i ziemię, zwracając się do duchów z prośbą o błogosławieństwo. To jedna z dawnych mongolskich tradycji.
Gdy kończymy jeść, w naszym ogrodzie zjawiają się handlarki i zaczynają rozkładać na ziemi swój kram. To z kolei jedna z tradycji współczesnych. Skąd wiedziały, że tu jesteśmy? Wieści w lokalnym świecie biznesu najwyraźniej rozchodzą się prędko. Wiesiek kupuje od nich nóż z rękojeścią z rogu renifera i skarpety z wielbłądziej wełny, Agnieszka kapcie z wojłoku, ja czapkę z wielbłąda, Romek przymierza wełniany kubrak.
Gdy już mamy odjeżdżać, prosimy jeszcze naszą gospodynię do wspólnego zdjęcia. Wychodzi do nas w odświętnym stroju. Raz jeszcze skrapia ziemię i kierunek naszej podróży mlekiem, błogosławiąc nam na szczęśliwą drogę. Może odczyni to urok rzucony na nasz samochód trzynastego w piątek?
Żegnamy się serdecznie i odjeżdżamy. Po drodze zatrzymujemy się nad jeziorem kupić wędzoną rybę. Mongołowie ryby jedzą rzadko, oporządzają je głównie dla turystów. Kiedyś nawet mówiło się tu, że do jedzenia ryb można się zniżyć dopiero wtedy, gdy zabraknie mięsa.
Przejeżdżamy kolejne 40km i zatrzymujemy się znów w pobliżu aułu padrugów Cirina. Możemy przy ich gerach rozbić namioty. Jesteśmy tuż nad brzegiem jeziora. Jeszcze nie zdążyliśmy wysiąść z samochodu, kiedy zagaduje nas po angielsku przewodniczka grupy turystów z Włoch. "Hello, how are You?" woła z uśmiechem. Pomoże nam w zorganizowaniu na jutro konnej wycieczki. Myślimy o wybraniu się na 2 dni, poleca jednak bardziej trasę 3dniową. Jesteśmy oporni wobec pomysłu kolejnych 3 dni w twardym siodle, kiedy jednak okazuje się, że tutaj siodła dla turystów mają miękką wyściółkę, chętnie na opcję 3dniową przystajemy. Mamy wyruszyć jutro rano. Dziś mamy czas na spacery po okolicy.
Jemy na wczesny obiad wędzoną rybę z chlebem i popijamy ją białym porto. Dla większości ów trunek jest jednak zbyt słodki...
Zaraz po obiedzie wybieramy się z Wieśkiem na spacer. Pozostali chcą jeszcze sobie poleniuchować nad wodą.Idziemy wzdłuż brzegu jeziora. Woda jest krystalicznie czysta - można zliczyć (jeśli do tak wielkich liczb liczyć się chce i umie!) wszystkie leżące na dnie kamyki. Po drodze mijamy jaki i konie. Spotykamy też Francuza, który łowi tu ryby. Studiuje w Paryżu. Wybrał się samotnie w 2-miesięczną podróż koleją transsyberyjską. Stąd jedzie do Pekinu. Z tego, co mówi, dziś z rybami kiepsko. Nie biorą. Idziemy w stronę cypla, który okala jezioro na horyzoncie. W słońcu woda mieni się pięknymi kolorami - od turkusu po jaśniutki błękit. Jest lodowata, nie przeszkadza to jednak grupce mongolskiej młodzieży, by w niej popływać. Pogoda jest wymarzona. Chłopczyk mieszkający w jednym z przybrzeżnych aułów bawi się w jazdę konną - za konia służy mu długi patyk. Mogę się jednak założyć, że i na takim prawdziwym już jeździł. Na kamienistym cyplu pasą się i zażywają wodnych kąpieli jaki. Piękny jest też stąd widok na góry. W drodze Wiesiek daje mi lekcje fotografii. Cudny to spacer!
Zastanawiam się, jak to będzie po powrocie do Polski na nowo przyzwyczajać się do gęsto usianych domów i wysokich budynków. Tu namioty jurt z rzadka porozrzucane są na rozległych, otwartych przestrzeniach. Z tego też względu są to idealne okoliczności, aby prawdziwie wypocząć. Zewsząd otacza nas czysta, nieujarzmiona przez człowieka przyroda.
Do naszych gerów wracamy po trzech godzinach. Mijamy się z Romkiem i Lucynką - oni dopiero na spacer się wybierają. Cirin jest już rozweselony alkoholem. Uczy Agę i Bartka śpiewać swoją ulubioną pieśń, której on nauczył się od śpiewającego ją często ojca. To przebój w naszej podróży. Nauka i słów i melodii idzie nam jednak z trudem... Gdy nas nie było, podobno znów rozłożyły przy naszych namiotach swoje kramy handlarki. Tym razem sprzedawały swetry, które na oko wyglądały na już noszone.
Do wieczora nasz Cirin jest już mocno zaprawiony. Piją z padrugiem w jego gerze wódkę. Gdy zaglądamy do nich kupić chleb domowego wypieku, siedzą nad garem ze świeżo ugotowanym mięsem i Cirin usilnie namawia nas, by owego mięsa spróbować.
To kolejny już dzień bez airagu. Podobno na północy kraju trudniej o niego, bo rzadziej robienie go tu się udaje.
Wieczorem wraca z 3dniowej wycieczki konnej inna grupa turystów. Okazuje się, że to nie kto inny jak nasza przyjaciółka ze swoimi Holendrami. Miło ich tu zobaczyć. To był już ostatni punkt w ich planie podróży - jutro wracają do Ulan Bator.
Gdy mamy już iść spać, wypatrzam przy lini brzegowej światło ogniska. Nęci mnie, by wybrać się tam na spacer i ogrzać przy ogniu. Do pomysłu spaceru udaje mi się zachęcić Romka i Lucynę. Idziemy więc w ciemności jakieś 15 minut przez łąki i lasy, by dostać się do miejsca, gdzie widzieliśmy światło. Okazuje się, że ognisko palą przy swoim namiocie dwaj rowerzyści w sile wieku, których mijaliśmy w drodze wczoraj. Żartobliwie nazwaliśmy ich wtedy "dziaduszkami". Są z Niemiec. To ich trzeci tydzień w Mongolii. Jeszcze tydzień i wracają do kraju. Mówią, że jazda rowerem jest tu przyjemniejsza od jazdy autem. 2 dni temu mieli okazję podjechać kawałek drogi uazem i wytrzęsło ich tak bardzo, że uznają rower za zdecydowanie lepszy środek transportu na tutejsze drogi. My do kołysania i częstych podskoków w czasie jazdy autem jesteśmy już przyzwyczajeni. Opowiadają też o swoich przygodach z przeprawami przez rzeki. 2 dni temu spotkali też małżeństwo Francuzów, z którymi lecieli do Mongolii samolotem. Przyjechali tutaj pojeździć konno, niestety ich przygoda w siodle skończyła się nieciekawie. Ona spadła z konia i połamała sobie nogę. Ktoś z ich grupy z kolei po upadku z konia był tak poważnie ranny, że z pomocą musiał nadlecieć helikopter. Te informacje niezbyt optymistycznie nastrajają nas przed jutrzejszą wycieczką... Rozmawiamy jeszcze chwilę, grzejąc się przy ogniu i wymieniając swoje wrażenia z pobytu w tym niezwykłym kraju. Kiedy wracamy, my z Lucynką kompletnie tracimy orientację w tym, gdzie jesteśmy. Same z pewnością nie trafiłybyśmy z powrotem do naszych namiotów. Dobrze, że mamy przy sobie Romana...