Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gobi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gobi. Pokaż wszystkie posty

piątek

Dzień Jedenasty - Płonące klify i dinozaur w kapeluszu

Poniedziałek, 2.08

Mamy dziś ruszyć w dalszą drogę, więc od rana wypatrujemy powrotu Cirina. Przywozi go jego padrug, gdy jesteśmy już po śniadaniu. Szybko pakujemy rzeczy do naszego autka i startujemy. Przemierzamy przez kilka godzin półpustynny krajobraz. Po drodze zatrzymujemy się przy rozstawionych w szczerym stepie straganach, na których można zakupić różnego rodzaju minerały, kamienie i ręcznie robioną biżuterię. Od na oko 10-letniej dziewczynki kupuję tu trzy naszyjniki z kamykami dla moich małych współlokatorek. Jeden kosztuje 10000TG, dwa dostałabym za 16000TG, trzy kupuję za 20000TG. W Mongolii o wszystko się trzeba targować. Cena podawana przez sprzedawcę zawsze jest wyższa od tej, na jaką dany przedmiot wycenia i jaka wystarcza mu, by w zapłacie zań otrzymać. W naszym przewodniku wyczytaliśmy, że Mongołowie targują się niechętnie i lepiej nawet negocjacji przy zakupach nie próbować, bo zwyczajnie odwrócą się od nas na pięcie, ale z naszych doświadczeń wynika, że jest dokładnie przeciwnie. Są do targowania się przyzwyczajeni i specjalnie zawyżają cenę, spodziewając się, że kupujący i tak będzie chciał z owej ceny zejść niżej. Nawet koszt noclegów i przejazdów warto jest negocjować. Zupełnie inaczej jest w Rosji - tam ceny, mimo iż kilkakrotnie wyższe niż tutaj, są sztywne.
Na obiad zatrzymujemy się w gerze restauracyjnym w małym miasteczku. Miasteczka rozsiane są tutaj średnio co 250-300km. Zwykle w ciągu całego dnia jazdy przejeżdżamy przez jedno. Zamówiliśmy tutaj chuuszuury. Mamy możliwośc podpatrzeć, jak pani i pan je przygotowują. Pan wałkuje ciasto rurą od odkurzacza (gdzieindziej zobaczymy w funkcji wałka też nogę od krzesła), a pani wypełnia wykrojone pierogi mięsnym farszem i zlepia ich brzegi. Tak przygotowane wrzuca na rozgrzany olej i po kilku chwilach są już gotowe do zjedzenia. Smakują wyśmienicie!!
W gerze siedzą z nami trzy dziewczynki. Właściwie to trudno określić czy wszystkie są dziewczynkami, mimo iż dwie młodsze mają wpięte we włosy czerwone kokardki. Dla ochrony przed złymi duchami, do trzeciego roku życia nie różnicuje się płci dziecka - chłopców i dziewczynki ubiera się i traktuje dokładnie tak samo. Dopiero w momencie postrzyżyn (obcięcia włosów), które mają miejsce, gdy dzieci osiągają wiek trzech lat, zaczyna się je traktować z podziałem na płeć. Nie mam zatem pewności czy najmłodsze z dzieci to dziewczynka czy może jednak chłopczyk. Nie dowiaduję się tego. Wrcając do Polski, będę mieć miejsce w samolocie obok pani, która także wraca z Mongolii. Opowie mi, jak to raz zachwycała się urodą pewnej dziewczynki i jak wielkie było jej zaskoczenie, gdy zobaczyła, jak mama wzięła ową dziewczynkę na bok, żeby ją wysiusiać, podniosła jej sukienkę, a tam... siusiak!
Jest późne popołudnie, gdy dojeżdżamy do miejsca o nazwie Bayan-zag. To miejsce wykopalisk kości i jaj dinozaurów. Popularnie nazywane jest "płonącymi klifami", gdyż tutejsze piaskowe skały w świetle zachodzącego słońca przybierają płomienne barwy. Gdy dobrze poszukać, można odnaleźć tu wtopione w skałę kości i jaja prehistorycznych gadów. Wychodzimy na spacer, a w międzyczasie jakiś handlarz rozkłada przed naszym samochodem na małym dywaniku kramik souvenirów - małe jurty z wojłoku, wojłokowe figurki wielbłądów i kości do wróżenia. Tym razem nic nie kupujemy.
Odjeżdżamy, ale planujemy wrócic tu na zachód słońca. Na nocleg wynajmujemy ger turystyczny. Jest tu też nasza znajoma przewodniczka z grupą z Hollandii. Nazywamy ją już "naszą przyjaciółką". Po raz pierwszy od czasu wyjazdu z Irkucka mamy możliwość wziąć tu ciepły prysznic. Ta przyjemność kosztuje dodatkowe 1500TG (niecałe 3,5zł). Widzimy tu też pierwsze od dawna drzewa!
Odpoczywamy chwilę i wybieramy się na kilkukilometrowy spacer w stronę płonących klifów. Po drodze zaglądamy do restauracji w intrygującym kształcie żółwia. Wygląda w tym pustynnym terenie dość kiczowato. Tym bardziej, że obok stoi tych samych rozmiarów słoń. W jednym z rozstawionych obok gerów znajduje sie mini muzeum, w którym w małym wydzielonym pomieszczeniu można zobaczyć szkielet dinozaura. Opiekun muzeum wychodzi z geru i zostajemy tu sami. Szkielet w żaden sposób nie jest zabezpieczony przed rękoma ciekawskich turystów. Dinozaura można dotknąć, a nawet wziąć ze sobą kawałek kości. Trzymam taki jeden w dłoni, ale przez szacunek i dla dinozaura, i dla Mongołów, nie chowam go do kieszeni. W głównym pomieszczeniu też stoi szkielet dinozaura, ale ten wygląda na poskładany z kości wielbłąda i jaka. Romek przymierza mu leżący na stoliku kapelusz - jest mu w nim całkiem twarzowo, czyż nie?
W drodze do płonących klifów rozdzielamy się. Ja idę z Lucynką, Aga i Bartek z Wieśkiem, Romek sam. Pomimo iż otacza nas przestrzeń i sporo tu wzniesień, na które można wejść, by przeczesać wzrokiem okolicę, trudno nam siebie nawzajem wypatrzeć. Dopiero gdy wchodzimy z Lucyną na urwisko, na którym wcześńiej zatrzymaliśmy się samochodem, dostrzegamy w oddali trzy machające do nas postacie. Schodzimy się ze sobą i już razem idziemy na wzniesienie położone naprzeciwko skalnych formacji, obeserwować zeń spektakl, który rozpocznie się o zachodzie słońca. Romka z nami nie ma. Po drodze zatrzymuję się jeszcze sfotografować rozkładające się ciało zwierzęcia. Szybko przypominam sobie jednak informację z przewodnika, aby martwe zwierzęta omijać szerokim łukiem, gdyż mogą przeskoczyć z nich na nas pchły roznoszące zarazki dżumy i w pośpiechu odchodzę. Słońce się zniża i dotknięte jego światłem klify zaczynają płonąć. Widowisko jest piękne. Gdy już słońce zupełnie niknie za pagórkami na zachodzie, schodzimy z naszego wzniesienia i idziemy w kierunku, z którego spodziewamy się, że przyjedzie po nas Cirin. Kiedy przyjeżdża, znajduje się i Romek. W komplecie wracamy do naszych gerów.
W ciemności dostrzegamy przed gerem mały kształt z długim ogonem przemykający jakby w podskokach - to skoczek pustynny, jerboa. Aga jest wyczulona na obecność myszy i wszelkie stworzenia z długimi ogonami jak to ją przerażają. Obawiając się mysiego towarzystwa, nie przepada też więc za spaniem w gerach. Dzisiejsza noc będzie dla niej trudna... A tak pięknie rozgwieżdżona to noc!!

czwartek

Dzień Dziesiąty - Nie ma, nie ma wody na pustyni...

Niedziela, 1.08

Kiedy my z Romkiem jeszcze śpimy, reszta grupy wybiera się na wydmy na wschód słońca. Wiesiek i Lucynka wchodzą na grań w 40 minut, Agnieszkę tymczasem łapią w drodze dolegliwości żołądkowe i na górę docierają z Bartkiem dopiero w godzinę później. Wiesław i Lucyna są oczarowani wschodem słońca, podobnie jak my wczoraj zachodem.
Niebo jest bezchmurne i już od rana wiemy, że przed nami upalny dzień.
Wody mamy dość spory zapas, a przynajmniej wystarczający, by zużytkować jej trochę na... depilację! Aga rozbawia nas, mocząc w wiaderku i depilując nogi.
Wybieramy się na spacer nad rzekę, której stróżkę widzieliśmy z wysokości wydm. Odnaleźć ją wcale nie jest trudno - wystarczy podążać za końmi. Nasza rzeka okazuje się być płytkim strumieniem, choć właściwie ów pas wąskiego podmokłego zagłębienia nawet strumieniem nazwać trudno. Sporo tu zwierząt, jakoże to jedyny naturalny wodopój w tej okolicy. Wracając, zaglądamy do geru mijanego po drodze z zapytaniem, czy można kupić tu trochę airagu. Gospodyni zaprasza nas do środka, stawia przed nami miskę pełną ciasteczek i kawałków wielbłądziego sera i litrowy garnek z airagiem z mleka wielbłąda. Dostajemy tylko jeden kubek, więc airag pijemy kolejno. To częste w Mongolii, że kilka osób pije airag z jednej i tej samej miseczki (tu wyjątkowo z kubka) - dopiero, gdy jedna osoba wypije, gospodyni napełnia ją dla kolejnej. W ten sposób oszczędza się wodę zużywaną do mycia naczyń. Gospodynię zastaliśmy w trakcie wieszania prania - dlaczego wiesza je wewnątrz geru, kiedy na zewnątrz jest upał? Czy po to, aby nie zjadły prania zwierzęta? Właściwie to rzadko widywałam w Mongolii suszące się na zewnątrz pranie poza praniem robionym przez turystów. Może to właśnie ze względu na chodzące wszędzie kozy - do naszego prania nie raz się dobierały.
W kolejnym aule, bliżej naszego obozowiska, zamawiamy na godzinę 14 obiad i na wieczór przejażdżkę na wielbłądach. Gospodarz zaprasza nas do środka. W gerze jest zgromadzona cała liczna rodzina. Ktoś śpi na łóżku, ktoś coś gotuje, mama zajmuje się dzieckiem. Ojciec dziecka, pokażnych gabarytów mężczyzna, jest zapaśnikiem. Mówi nam o tym najstarszy mężczyzna, możnaby rzec: ojciec rodu. Tak jak nasz Cirin, jest kierowcą dla turystów i całkiem dobrze zna język angielski. W Mongolii po angielsku, ale i nawet po rosyjsku, trudno jest się dogadać. Bardzo niewiele osób poza stolicą zna te języki. Właściwie to głównie studenci, przewodniczki wycieczek turystów i kierowcy. Nasz nowy znajomy słyszał już o nas od Cirina. Wie, że jesteśmy z Polski i że objeżdżamy Mongolię w 26 dni. Pytamy go, czy wie, gdzie teraz jest nasz kierowca. Odpowiada, że odsypia w sąsiednim gerze. Jest godzina 12, więc to odsypianie pachnie nam jakąś imprezą wczorajszego wieczoru.
Zostajemy tu poczęstowani chuuszuurami (smażonymi pierogami z farszem mięsnym) i airagiem z mleka klaczy. Jesteśmy po tym poczęstunku tak syci, że zaczynamy żałować, że zamówiliśmy obiad.
Wracamy do swojego obozowiska. Słońce pali niemiłosiernie i postanawiamy zrobić sobie czas siesty. Rozkładamy karimaty w cieniu podwieszonej na słupkach przy samochodzie płachty. Nastawiamy budzenie na 13.45 i ucinamy sobie drzemkę. Po przebudzeniu nie jesteśmy bynajmniej ani ciut bardziej głodni niż wtedy, gdy zasypialiśmy. Cóż jednak zrobić - obiad zamówiliśmy, więc musimy go zjeść. Szczęśliwie, na obiad jest lekki ryż z warzywami i drobnymi kawałkami podsmażonej baraniny. Zamówiliśmy też porcję dla Cirina, sądząc, że się do czasu obiadu obudzi i zje z nami, jednak gospodarz informuje nas, że Cirin wciąż śpi. Jest wielce zdziwiony, że zamówiliśmy dla niego posiłek!
Nasze przybycie tutaj na obiad zupełnie nie ingeruje w rytm życia rodziny. Mama bawi się z dzieckiem, babcia siedzi na łóżku, wpatrując się w zamyśleniu w drzwi geru, ktoś śpi na podłodze. Po zjedzeniu obiadu Wiesiek rozgaszcza się i kładzie się obok niego.
Naszą uwagę przyciąga śmiech trzymającej na rękach dziecko dziewczyny. Śmieje się, bo... dziecko zrobiło jej właśnie na rękę kupkę! Ze spokojem, jakby zdarzyło się coś zupelnie naturalnego, przemywa rękę i pupę dziecka. Małe dzieci nie noszą tu pieluch. W ogóle od połowy w dół są gołe. Teraz już wiemy dlaczego - aby nie brudziły ubranek, załatwiając swoje potrzeby.
Spotykam tu pierwsze w Mongolii dwa koty. Jeden z nich, rasowy pers, wyleguje się na siedzeniu motocykla. W sumie w ciągu całej podróży przez Mongolię kotów spotkałam 4, z czego 2 rasowe. Myszy tu dużo, więc niewątpliwie miałyby pracę, jednak najwyraźniej step nie jest dla nich gościnny.
Po obiedzie wracamy pod naszą płachtę. Jest zbyt gorąco, by eksplorować okolicę. Czytamy książki, rozmawiamy i podsypiamy. Wielbłądy mamy umówione na 18. Gdy przychodzimy na miejsce spotkania, czeka już na nas przewodnik i osiodłanych 7 baktrianów. Przewodnik nie zna ni w ząb angielskiego. Za tłumaczkę służy nam przewodniczka grupy z Hollandii, która tu nocleguje. Ona też wcześniej pomagała nam przekazać gospodarzom prośbę o przygotowanie obiadu. Wsiadamy na wielbłądy. Inaczej niż dromadery, te wstają i siadają bardzo delikatnie. Nie ma obawy ani o upadek z siodła, ani o połamanie żeber. Inaczej też niż na wycieczkach organizowanych na Saharze, tu wielbłady nie są ze sobą powiązane. Każdy z nas dostaje do ręki uzdę i sam ma kierować swoim wierzchowcem. Jedynie mój i na pewnym odcinku drogi wielbłąd Agnieszki są prowadzone na ląży przez przewodnika. Idziemy spacerowym tępem na wydmy. Wciąż usiłuję wypatrzeć z góry skorpiony, ale bez skutku. Zatrzymujemy się na krótki postój na pustynnym piachu, by dać odpocząć zwierzętom i stąd zawracamy w drogę powrotną. Wycieczka jest całkiem przyjemnym zwieńczeniem dnia.
Gdy wracamy na nasz biwak, okazuje się, że w pobliżu z obozowiskiem rozbiła się grupa turystów ze Szwajcarii. Wrócili właśnie z 8-dniowej wycieczki na wielbłądach przez pustynię i bardzo bolą ich tyłki. Nie trudno nam sobie wyobrazić jak bardzo, bo nasze są obolałe po zaledwie godzinnej przejażdżce.

Info praktyczne: koszt godzinnej przejażdżki na wielbładzie: 4000 TG (nie całe 10zł)

Dzień Dziewiąty - Najwyższe wydmy świata

Sobota, 31.07

Ger naszych gospodarzy znajduje się na wysokości 2400mnpm - wiemy to, gdyż zegarek Wieśka pokazuje wysokość, na której przebywamy. Cała Mongolia położona jest na średniej wysokości 1300mnpm. My często jesteśmy powyżej 2000mnpm i stąd tak nagłe zmiany pogody - z upału z dnia na dzień może zrobić się ziąb. Dziś pogoda jest piękna. Niebo od rana jest jasne. Wczorajsze chmury odpłynęły.
Przyglądam się, jak gospodarz z siostrą odwiązują spętane na noc konie. Mocuje się z nimi. Mimo iż to codzienny rytuał, wydaje się, jakby konie nie kojarzyły go jeszcze z uwolnieniem od więziącego sznura. Wyrywają się i uciekają przed swoim panem. Przywiązywane są co wieczór, aby w czasie nocy spłoszone czymś nie uciekły. Babcia z kolei, mając do pomocy córki gospodarzy, odwiązuje z postronków stado krów. Krowy odwiązać jest łatwiej. Za wyjątkiem cielaków mało są ruchliwe i wręcz do ruszenia się z miejsca trzeba je popędzać.
Do śniadania dostajemy od gospodarzy świeżą śmietanę i miseczkę pełną obcukrzonych czerwonych jagód. Z chlebem smakują pysznie. Przed odjazdem stąd robimy sobie jeszcze wspólne zdjęcie z całą rodziną. Proszą nas o przesłanie im fotografii, które tu zrobiliśy. Pewnie kilka z nich znajdzie swoje miejsce w gablocie obok lustra.
Dziś przemierzamy samochodem piękne górzyste tereny. Step, przez który jedziemy, jest to półpustynny, to znów zielony. Mongolskie przysłowie mówi, że "szczęście człowieka leży w otwartych przestrzeniach". Przestrzeń, która nas otacza, nawet jeśli, jak tu, dopełniona jest pasmami górskimi na horyzoncie, rodzi niezwykłe poczucie wolności. Uspakaja i daje możliwość nabrania dystansu wobec swojego życia, które zostało hen tam, ponad 7 tysięcy kilometrów stąd, z wszystkimi wtłoczonymi weń ograniczeniami. Tu ludzie żyją w rytmie stepu. Spokojnie. Świat biznesu kręcący się według reguł ustalonych na Zachodzie koncentruje się w dużych miastach, na prowincji ludzie sami wyznaczają reguły swojego świata. Jedynymi wytycznymi tych reguł są przyroda, do której muszą się dostosować i którą podporządkowują sobie w zakresie określanym przez własne potrzeby oraz tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie. Są wolni od pędu za pieniądzem. Ich największą aspiracją jest dbanie o dobrobyt i szczęście rodziny. Nie pracują dla korporacji, a ich czas pracy wyznaczany jest obowiązkami wokół dobytku. Całe rodziny żyją blisko siebie. Dzieci ani rodzice nie mają osobnych sypialni - wszyscy śpią, odpoczywają, jedzą w jednym i tym samym pomieszczeniu. Nie jest im za ciasno, ani nie są nerwowi przez to, że ktoś narusza ich osobistą przestrzeń. Przestrzeni wokół geru jest aż nadto. Gdy ktoś potrzebuje chwil samotności, znajduje je na zewnątrz. Są tu, tak żyjąc, szczęśliwi. W moim domu są 4 pokoje, salon, jadalnia, kuchnia, 2 łazienki i przestronne piwnice. Będąc tu, zadaję sobie pytanie: po co, do licha, mi tak dużo? Z drugiej strony, w Polsce nie mamy takich przestrzeni wokół domów. Zabudowania są gęste, przestrzenie wokół budynków grodzimy, główną część swojej przestrzeni życiowej tworzymy więc wewnątrz murów. Te wszystkie płoty i ściany bardzo za razem nas od siebie oddalają. Tu więzi w rodzinie i w sąsiedztwie wydają się być silniejsze.
Na obiad marzy nam się zjeść buzze. Nie jedliśmy ich jeszcze i uznajemy, że to właściwy czas, by w końcu tego specjału spróbować. Prosimy Cirina czy "może ask, gdzie by my mogli pokuszać buzze". Cirin przejmuje się tym zadaniem i zatrzymujemy się przy każdym napotkanym aule zapytać o to, czy jest szansa je dostać. W jednym z gerów gospodyni oferuje się, że nam zrobi, jednak zaczekać musielibyśmy na posiłek godzinę, więc jedziemy dalej. Ostatecznie znów jemy obiad w postaci kanapek na postoju w stepie. W jednym z gerów pijemy za to airag wielbłądzi. Gdy już raz się airagu spróbuje, nie sposób sobie odmówić, by napić się znowu. Odtąd więc codziennie prosimy Cirina, by zatrzymał się dla nas gdzieś, gdzie tego odświeżającego napoju będzie można się napić. Uzupełniamy też po drodze zapasy wody, nabierając ją do plastikowych butelek i karnistra z podziemnej studzienki. Ma nam jej wystarczyć na najbliższe 3 dni, bo tam gdzie jedziemy, takich źródeł nie ma.
Po południu zbliżamy się do samej pustyni. Przed nami na bliskiej lini horyzontu rozciąga się długie pasmo wysokich wydm, ponad którymi góruje Ałtaj. Dziś możemy oglądać góry w pełnej ich krasie. Dzień jest bardzo ciepły i na niebie są jedynie pojedyncze obłoki. Przed samochodem przebiega nam gazela.
Mijamy po drodze skupisko gerów, przy którym stoi pomnik wielbłąda z porożem. Według mongolskiej legendy wielbłądy miały kiedyś piękne rogi. Pewnego dnia do wielbłądów przyszły jelenie z prośbą o użyczenie im poroża na święto, na które wybierały się w góry na zachodzie. Dobroduszne wielbłady zgodziły się i oddały swoje poroże, jelenie nigdy nie wróciły jednak, by im je oddać. Od tego czasu wielbłądy z tęsknotą spoglądają w stronę zachodu i z nadzieją na odzyskanie swojej ozdoby wyczekują powrotu jeleni. Czasami w ich oczach można zobaczyć łzy.
Podjeżdżamy samochodem pod same wydmy. To wydmy Khongoryn Els, uznawane za najwyższe wydmy świata. Osiągają wysokość ponad 300 metrów, a ciągną się na długości 100km. Tu, na piaszczystym podłożu, rozbijamy namioty. Kiedy już stoją, musimy odpędzić stąd pokaźne stado kóz, które chętnie zrobiłoby sobie z nich ucztę.
Zbliża się wieczór. Po Cirina przyjeżdża jego padrug (przyjaciel) i Cirin żegna się z nami, mówiąc, że za godzinę wróci. Jadą do geru padruga. Jak się okaże, wróci dopiero pojutrze, gdy będziemy mieli stąd odjeżdżać. Mongołowie mają bardzo luźny stosunek do uzgodnień w czasie. Umawiając się z kimś na konkretną godzinę, można spodziewać się, iż ów ktoś się spóźni i należy przyjąć to ze spokojem. Tu nie jest prawidłem, że czas to pieniądz. Dewizą jest, że twój czas należy do ciebie.
Roman rzuca pomysł, aby wybrać się na wydmy na zachód słońca. Nikt poza mną nie czuje energii, by jeszcze dziś się na górę wdrapywać, więc idziemy we dwójkę. Idziemy na azymut, przed siebie, kierując się na pionową ścianę wydmy. Obraliśmy tym samym trudniejszy wariant - inni turyści wchodzili na grań łagodnym trawersem. Wchodzenie do góry po osuwającym się pod stopami piasku, okazuje się chłonąć sporo wysiłku. Co pewien czas przystajemy na krótki odpoczynek. Po drodze rozglądam się za skorpionami, lecz nie tylko skorpionów, ale i żadnych innych stworzeń nie ma ani śladu. Gdy jesteśmy w połowie wydmy, słyszę gdzieś zza jej załomu śmigło helikoptera. Wypatruję go, dźwięk jest coraz głośniejszy, lecz maszyny nie widać. Pod stopami z kolei czuję, jakby trzęsła się ziemia. Łączę jedno z drugim i uświadamiam sobie w wielkim zadziwieniu, że to wcale nie helikopter lecz śpiew, z którego te wydmy tak słyną! Grań wydmy osiągamy w niespełna godzinę od czasu wymarszu. Niebo na zachodzie jest klarowne, powyżej natomiast jest pasmo chmur spod których wysuwa się tarcza słońca. Spacerujemy piaszczystą granią, patrząc w stronę pasma pustyni poniżej i gór. Poza nami dwojgiem nie ma tu nikogo. Nie słychać już śpiewu wydm, trwa cisza. Gdy siadamy na grani, piasek zawiewa tak mocno, że po chwili mamy go już wszędzie. Obserwujemy, jak słońce zniża się, powoli chowając się za linią wydm na horyzoncie. Piękne kolorystycznie widowisko. Moje najpiękniejsze wspomnienie z Gobi. Robimy serię zdjęć. Romek podsumowuje je żartem (?), że "chyba będzie trzeba odebrać Pulitzera". Gdy już obfotografujemy wszystkie kolory nieba i pustyni po zachodzie słońca, zaczynamy schodzić. Zejście z wydm jest zdecydowanie przyjemniejsze niż wdrapywanie się na nie. Zbiegamy i ześlizgujemy się po piachu na sam dół.
To pierwsza nasza gwiaździsta noc w Mongolii. Gęsto usiane gwiazdami niebo jest na wyciągnięcie ręki. W ciemności dostrzegam czarny kształt zbliżający się w moją stronę. "Wilk!" myślę i się poważnie przestraszam. Szczęśliwie, wilk okazuje się być niespecjalnie zainteresowanym pożarciem nas psem.
Patrząc w gwiazdy, myślę o domu i o swoich bliskich, którzy są tysiące kilometrów stąd. Po raz pierwszy od czasu wyjazdu tak intensywnie jestem przy nich myślami. Zupełnie jakbym szóstym zmysłem wyczuła... Tego teraz nie wiem, ale tam w Polsce, w szpitalu, kilka godzin temu zmarła moja babcia.

środa

Dzień Ósmy - W ustach sępa

Piątek, 30.07

Rano zwijamy mokre od deszczu namioty. Jest pochmurno i chłodno. Jemy śniadanie, pakujemy bagaże i ruszamy w trasę. Dziewczyna, u której wczoraj gościliśmy, macha nam na pożegnanie. Dziś znów przed nami sporo kilometrów do przejechania. Jedziemy przez montonny, półpustynny krajobraz. To tu to tam pasą się w ubogim w roślinność stepie stada wielbłądów i koni. Czas ubarwiamy sobie opowieściami z innych podróży i czytaniem fragmentów przewodników po Mongolii, które mamy ze sobą. Nasz kierowca puszcza nagrania z mongolską muzyką, podśpiewując przy tym swoje ulubione piosenki. Mongołowie są bardzo rozśpiewani. Misiek prosi nas, byśmy pośpiewali mu coś polskiego. Śpiewamy więc jak umiemy sokoły, przybyli ułani pod okienko, katiuszę (tak, wiem, utwór niezwykle polski!). Cirin śmieje się z nas, bo to chóralne śpiewanie wychodzi nam kiepsko. Swoją drogą, teraz zaczynamy rozumieć, dlaczego na liście rzeczy niezbędnych do zabrania na wyprawę do Mongolii w naszym przewodniku jedną z pozycji był śpiewnik.
Przestrzenie wkoło są obłędne, jednak ten medal ma drugą stronę w postaci konsekwencji praktycznych. Płaski teren pozbawiony krzewów i drzew sprawia, że znalezienie miejsca odpowiedniego na toaletę staje się wyzwaniem. Zgodnie z poradą wyczytaną w przewodniku zabrałyśmy z sobą na wyprawę długie spódnice, mające służyć jako parawan, staramy się radzić sobie jednak bez nich. Szukamy naturalnych załamań ziemi, za którymi można przykucnąć, albo zwyczajnie idziemy za potrzebą schować się za nasz samochód. Mężczyźni mają się tu zdecydowanie łatwiej. Zagadką jest, jak przy braku drzew radzą sobie tutejsze psy!
Dojeżdżamy do Dalandzagdad, miasteczka położonego u bram pustyni Gobi. Na horyzoncie powinniśmy widzieć pasmo Ałtaju Gobijskiego, jednak dziś zanurzone jest w chmurach. Nasz kierowca pochodzi z tych regionów. Odwiedzamy siostrę jego żony w jej domu. Domek jest murowany, lecz toaleta taka jak wszędzie - wychodek bez drzwi z dziurą w ziemi. Szwagierka Cirina (w końcu udaje nam się podsłyszeć i zapamiętać imię naszego Miśka!) i jej mąż zajmują się handlem kaszmirem. Skupują go od pasterzy i zawożą do Ulan Bator, gdzie produkowane są z niego swetry, szale, czapki... Z Mongolii pochodzi kaszmir w najlepszym gatunku na skalę światową. Kaszmir to wełna z koziej brody. Stąd pochodzi najlepszy z dwóch względów. Po pierwsze, najlepszej wełny dostarczają kozy żyjące w ostrym klimacie wysokogórskim, a tutaj o takie warunki hodowli jest łatwo. Po drugie, inaczej niż w innych państwach, w Mongolii nie stosuje się do produkcji kaszmiru domieszek z innej wełny, więc jest to kaszmir w czystej postaci. Eksportuje się go stąd głównie do Chin i do Rosji.
Zostajemy tu ugoszczeni obiadem - tradycyjną zupą z baraniną i makaronem. To pierwsze mongolskie danie, jakie jemy w naszej podróży. Baranina jest twardawa i włóknista. Mongołowie nie dogotowują mięsa do miękkości - ich żołądki są do twardego mięsa przyzwyczajone, naszym trudno przywyknąć. Pijemy tu też po raz pierwszy sute czaj - tradycyjną mongolską herbatę z mlekiem i solą. Jej smak bardzo szybko udaje mi się polubić. Ta herbata jest podstawowym napojem w każdym mongolskim domu. W każdym gerze na stoliku stoi jej pełny termos. Pomimo tego, że dosypuje się do niej dla smaku sól, doskonale gasi pragnienie. Na ścianie w pokoju, w którym siedzimy, wisi makatka z wizerunkiem Czyngis Chana, a w gablocie na meblościance jest buddyjski ołtarzyk i kilka figurek z tradycji feng shui. W telewizji oglądamy CNN. Mam tu też pierwszą okazję od czasu wyjazdu z Ulan Bator, by podładować akumulator mojego aparatu fotograficznego. Mam ze sobą też zapasowy, ale ponieważ o prąd tutaj trudno, wykorzystuję na podładowanie baterii każdą nadarzającą się ku temu sposobność.
W mieście robimy też drobne zakupy spożywcze. Sklepiki w Mongolii są na ogół skromnie zaopatrzone. Na półkach sporo jest jednak produktów z Polski! Miłym zaskoczeniem są dla mnie draże kakaowe, które uwielbiałam w dzieciństwie. Raz czy dwa znaleźliśmy też nasze krówki. O produkty takie jak chleb, sery i masło w sklepach jest trudno. Ludzie, hodując bydło, sami wytwarzają z wydojonego mleka sery, jogurty i masło. Wypiekają też własny chleb i sami robią makaron. Stąd tak trudno je dostać w sklepie - nie ma na nie zapotrzebowania. Jeśli ktoś sam nie wyprodukuje, może zakupić u sąsiada. Zdarza się nam, że za chlebem musimy przejść kilka sklepików, a i tak czasami jest dostępny tylko taki z zamrażarki, więc upieczony jakiś czas wcześniej. Podstawą pożywienia Mongołów jest mięso - mięso jedzą na śniadanie, na obiad i na kolację. Trzy najpopularniejsze tu dania to smażone pierogi z farszem mięsnym - chuuszuury, pierogi z farszem mięsnym gotowane na parze - buzze i smażony makaron z mięsem - cuiwan. Dla Agi najtrudniejsze do przełknięcia jest mięso z kozy czyli z jamy. Gdziekolwiek mamy kupić posiłek, pyta z czego jest mięso. Gdy słyszy "jama", rezygnuje.
Oddalamy się samochodem od miasta. Trudno mi odżałować tego, że nie widać tych pięknych gór! Mam cichą nadzieję, że pogoda się zmieni w ciągu najbliższych dni i jeszcze będziemy mieli możliwość na nie popatrzeć. Przejeżdżamy we mgle przez wąskie skaliste gardło. Dowodzi to kunsztu kierowcy, że udaje nam się tutaj przecisnąć bez draśnięcia samochodu. Droga, którą jedziemy jest tak nierówna, że w pewnym momencie Cirin mówi nam, że wszyscy mamy rzucić się na lewą stronę, żeby nie przeważyło samochodu. Za chwilę ta sama komenda, tylko tym razem mamy się rzucić na prawo. Samochód jedzie przez moment w zupełnym przechyleniu. My w oczach mamy strach, ale Cirin jest absolutnie spokojny. Widać, nie jest to dla niego pierwszyzna.
Zatrzymujemy się przed muzeum w pobliżu kanionu, do ktorego wybieramy się na spacer. Niewielką ekspozycję stanowią jaja i fragmenty kości dinozaurów, które były znajdywane w tym regionie i wypchane zwierzęta. Jest wśród nich śnieżna pantera - niestety jedyna, jaką widzimy w czasie podróży. Wypatrzenie irbisa, choć wiem, że graniczy z cudem, było moim cichym marzeniem... Po wyjściu z muzeum odwiedzamy alejkę handlową, na którą składa się kilka stojących w rzędzie gerów. Kupuję tu sobie skarpety z wełny wielbłąda i kilka pocztówek. Podjeżdżamy jeszcze kawałek dalej. Jesteśmy przed wejściem do Yolim Am, kanionu sępów. Yolim Am w dosłownym tłumaczeniu oznacza "usta sępa". Można zobaczyć tu gniazdujące w skałach kanionu sępy i orły, a także dzikie owce argali. Nam jednak nie jest dane zobaczyć żadnego zwierzęcia poza pasącymi się w kanionie krowami, gdyż nisko opadające chmury znacząco ograniczają widoczność. Przed wejściem do kanionu można wypożyczyć konie. Nie znamy jednak jeszcze smaku przygody z końmi w Mongolii i wybieramy się na spacer piechotą. Gdybyśmy byli tu 2 tygodnie później, z pewnością wybralibyśmy się na tę wycieczkę konno.
Pomimo mgły, kanion i tak prezentuje się urodziwie. Cirin mówi nam, że w regionie Gobi latem zdarzają się dokładnie 3 dni, kiedy pada. Trafiliśmy na 1 z tych dni, więc pewnie mało który turysta ma możliwość jak my oglądać to miejsce w takiej zamglonej szacie :). Optymizm nas nie opuszcza.
Do samochodu wracamy cali mokrzy. Jest już późny wieczór i pada, więc znów nie ma warunków by rozkładać namioty. Cirin znajduje dla nas nocleg u mieszkającej w pobliskim aule rodziny. Bedziemy spali w ich własnym rodzinnym gerze. Wchodzimy do środka, zdejmujemy buty i rozsiadamy się na dywanie w części wskazanej przez gospodarzy. Od razu jesteśmy częstowani gorącą sute czaj z termosu, świeżym jogurtem i smażonym makaronem z dodatkiem mięsa i ziemniaków. To ostatnie danie, cuiwan, bardzo mi tu smakuje. Pijemy też airag, tym razem ze sfermentowanego mleka klaczy. Ten z mleka wielbłąda jest łagodniejszy w smaku i mi bardziej przypada do gustu. Tak herbatę jak airag pije się w Mongolii z porcelanowych miseczek. Gospodarz podaje gościom miseczkę z napojem, trzymając ją w obu dłoniach i też chwytając w obie dłonie powinno się ją odebrać.
Gdy na pytanie o to, skąd jesteśmy, odpowiadamy, że z Polski, słyszymy "Aaa, czterej pancerni i pies!". Miło usłyszeć, że popularne są tu dzieje załogi Rudego 102... Gospodyni jest w zaawansowanej ciąży. Ma 35 lat i to bedzie jej czwarte dziecko. Rodziny są tutaj bardzo liczne. Troje i czworo dzieci w rodzinie to norma. Młodzi pobierają się często już w wieku 17 lat.
Tu znów jesteśmy proszeni o popis wokalny. I znów swoim śpiewem rozbawiamy, tym razem szersze grono słuchaczy. W ripoście, Cirin z ojcem naszego gospodarza śpiewają nam piękną pieśń mongolską. Przyłączają się do nich gospodyni i jej najstarsza córka. Słucha się ich niezwykle przyjemnie.
W gerze koncentruje się całość życia rodziny. Tu się śpi, myje, przygotowuje posiłki i je. Po środku pomieszczenia stoi żeliwna koza, która ogrzewa ger, a zarazem służy do gotowania. Wąski komin wyprowadzony jest na zewnątrz przez otwór w sklepieniu. Na wprost wejścia jest zwykle ołtarzyk i komódka z lustrami i gablotą pełną rodzinnych fotografii. Gdy coś kładziemy w tym miejscu, zostajemy upomnieni, że tam nie można. W niektórych gerach, jak tu, stoi w tej części też telewizor - zwykle z zabezpieczającą folią na ekranie. Prąd czerpie się z samochodowych akumulatorów lub - coraz częściej - z baterii słonecznych ułożonych na "dachu" geru lub stojących tuż obok. Słońce jest najłatwiej dostępnym źródłem energii, gdy w pobliżu nie ma naziemnych linii elektrycznych. Nad drzwiami w środku geru przyklejony jest tekst buddyjskiej modlitwy. Zazwyczaj stoją w gerze dwa łóżka. Śpią na nich rodzice, a dzieci mają rozkładane posłania na klepisku. Tu, gdzie dziś śpimy, jest tylko jedno łóżko. Gospodarze oddają nam je do dyspozycji. Pięcioro z nas rozkłada karimaty na podłodze. Razem z nami śpią w gerze także gospodyni i jej trzy córki. Mąż idzie spać do geru swoich rodziców.
Wypisuję tutaj pocztówki do rodziny i przyjaciół w Polsce. Gdy zasypiamy jest tu bardzo gorąco, gdyż koza oddaje dużo ciepła. W nocy jednak ogień wygasa i ger szybko się wychładza. Do rana jest bardzo zimno.