Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulan Bator. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulan Bator. Pokaż wszystkie posty

piątek

Dzień Trzydziesty Trzeci - Bajerlaa i Bajertai

Wtorek, 24.08

Rano dziewczyna z recepcji zamawia dla nas taksi do granicy. Przyjeżdżają po nas dwa samochody. Umówieni jesteśmy na 25000TG/osoba czyli 75000TG/samochód - tak przynajmniej rozumiemy ustalenia. Wsiadamy i jedziemy. Na jednej ze stacji benzynowych czekamy aż kilkanaście minut na drugi samochód. Za nami 1/3 drogi. Gdy dojeżdżają, pytamy, skąd takie opóźnienie. Okazuje się, że prowadzili długie dysputy z kierowcą, gdyż on oczekuje od nas, że zapłacimy 100000TG - owszem 25000TG za osobę, ale w znaczeniu każdego miejsca dla pasażera w samochodzie, a są cztery. Wynikło nieporozumienie. Nie zgadzamy się na podniesienie ceny, co niezbyt się kierowcom podoba. Gdy już jedziemy, dzwoni ktoś do kierowcy i prosi o możliwość rozmawiania z kimś z nas. Ja przejmuję słuchawkę, ale osoba po drugiej stronie mówi po rosyjsku, więc przekazuję ją Romkowi. Rozmowa jest długa, ale bez efektu dla rozmówcy Romana. Pozostajemy przy tym, że zamawiając taksówkę, przystaliśmy na inny koszt przejazdu. W Darchan dobieramy jeszcze jednego pasażera, aby taksiarze wyszli na swoje.
Źegnamy się z zielonymi przestrzeniami stepu. Otwierały nas na doświadczenie wolności i spokoju i uczyły gościnności. Zostawią we mnie trwały ślad...
Przy granicy przesiadamy się do busika, którym Rosjanka przewozi przez granicę handlarki. Płacimy jej po 200rubli/osoba. Gdy już jesteśmy za drugim punktem kontroli granicznej, przypominamy sobie z Romkiem o obrazkach kupionych na placu Suche Batora i szpiczatej czapce mongolskiej, które zostawiliśmy na półeczce za tylnym siedzeniem w taksówce. No to pamiątki przepadły. Nasza Rosjanka dzwoni jeszcze do swoich znajomych, podając im numery rejestracyjne taksówki, by sprawdziły czy może są i jeśli tak, aby je odebrały, ale interwencja jest mało skuteczna.
W Kiachcie bierzemy taksi do Naushek. I znów przed nami kręta wyboista droga przez tajgę i kierowcy, dla których normą jest przemierzanie jej z prędkością 120km/h. Nasz kierowca jest rodowitym Ormianinem. Ponieważ Romek był kilka lat temu w Armenii, rozmawiają o Erewaniu i Araracie. Mimo przyjaznej atmosfery, nasza prośba o zmniejszenie prędkości, niemal kierowcę uraża. Najwyraźniej odbiera ją jako podważenie zaufania w jego umiejętności...
Na dworcu w Naushkach próbujemy dowiedziec się czegoś o pociągach do Ulan Ude. Pani w kasie zatrzaskuje nam jednak okienko przed nosem w odpowiedzi na nasze pytanie i udaje, że nas nie widzi. Od jednej z dziewczyn pracujących na dworcu dowiadujemy się, że w pobliżu mieszka gość, który może nas zabrać do Ulan Ude swoim samochodem. Na naszą prośbę dzwoni do niego i gość przyjeżdża. Ogląda nasze plecaki, ocenia, że się pomieszczą w jego mini-vanie, a że są ciężkie, wycenia nam przejazd na 9000 rubli. Z ceny nie chce zejść ani o kopiejkę. Drogo, ale za bardzo nie mamy wyboru, jeśli chcemy się na miejscu znaleźć jeszcze dziś wieczór. Decydujemy się jechac. Ledwo ujeżdżamy kilka kilometrów, zatrzymuje nas patrol policyjny i panowie w mundurach sprawdzają nasze paszporty. Wszystko ok, więc jedziemy dalej. Droga prowadzi przez tajgę. Jesteśmy głodni i prosimy o możliwość zatrzymania się gdzieś na obiad. Najbliższa sposobność, by się zatrzymać, mimo zapewnień kierowcy na początku, że niedaleko, jest po jakichś 100 ujechanych kilometrach. Stajemy w miejscowości tworzonej przez drewniane ubogie chatki z ukwieconymi ogródkami. W jednej z nich jest knajpa z jedzeniem.
Czas podróży mija nam na rozmowach. Wasyl, nasz kierowca, jest bardzo wesołym i rozgadanym facetem. Przyjemnie się jedzie w jego towarzystwie. Pracował swego czasu w Mongolii. Mówi, ze kompletnie nie rozumie braku pomyślunku ekonimicznego Mongołów i krytykuje ich zacofanie. Ja z kolei życzę Mongołom, aby jak najdłużej udało im się zachować własną receptę na szczęście i uchronić się przed próbami uszczęśliwiania ich przez zachodnią cywilizację...
Zatrzymujemy się w Iwogińsku pod budynkiem, który niegdyś był pensjonatem. Pensjonatu jednak już dziś tu nie ma i jak się dowiadujemy, w całym Iwoginsku nie znajdziemy żadnej gostinicy. Jedziemy więc kolejne kilkanaście kilometrów do Ulan Ude. Zajeżdżamy do pierwszego przydrożnego motelu. Wasyl załatwia nam tu pokój w niewysokiej cenie i pomaga w umówieniu na jutrzejszy poranek taksówki do Iwogińska - chcemy odwiedzić w tamtejszym klasztorze buddyjskim pewnego Lamę.

Info praktyczne:
taksi przez granicę: 200 rubli/osoba,
taksi z grancy do Naushek: 200 rubli/osoba

Dzień Trzydziesty Drugi - Kaszmir, czarny rynek i ryba po chińsku

Poniedziałek, 23.08

Rano jemy międzynarodowe śniadanie. Do produktów dostępnych w lodówce z tytułu opłacenia noclegu, każdy dorzuca co ma, by się podzielić. Poranek upływa na ciekawych rozmowach...
Po śniadaniu znów się rozdzielamy - Wiesiek z Agą i Bartkiem idą wpierw do klasztoru Gandan, ja z Lucynką i Romanem chcemy przejść najpierw szlakiem kaszmiru. Nasz wybór, jak się później okaże, jest błędny, bo klasztor Gandan otwarty jest dla zwiedzających tylko do godziny 11. Wołamy taksówkę i próbujemy wytłumaczyć kierowcy, że chcemy dojechać do sklepu przy fabryce "Gobi". Kierowca nie tylko nie rozumie po angielsku, ale też nie bardzo wie, gdzie jest miejsce, które pokazujemy mu na mapie w naszym przewodniku. Z pomocą w tłumaczeniach przychodzi kilku przechodniów. Taksiarz ostatecznie zrozumiał, bo dowozi nas w miejsce, na którym nam zależy. Kaszmir w Mongolii miał być tani, ale pojęcie taniości okazuje się być względne, bo ceny swetrów oscylują wokół 100 dolarów. W swetr się więc nie zaopatrzam, ale jest tu bardzo sympatyczny sklepik z souvenirami, gdzie kupuję drobne prezenty dla bliskich. Odwiedzamy jeszcze dwa podobne temu sklepy fabryczne. Lucynka w kaszmiry nieco się tu obławia, ale wciąż nam mało. Wołamy znów taksówkę. Tym razem taksiarz zna angielski, więc prosimy go, aby zawiózł nas w miejsce, gdzie będziemy mogli dostać jakiś tani kaszmir. Zawozi nas pod wysoki budynek centrum handlowego. Budynek ma 9 pięter i na kazdym z nich są towary innego rodzaju. To kosmetyki, to sprzęt elektroniczny, to odzież, a na najwyższym piętrze jedzenie. Nic tu nie kupujemy, ale w knajpce na górze zjadamy z Lucyną po kurczaku. Kurczak zapewne z importu z Chin, ale po miesiącu jedzenia samej baraniny, kozy i woła, smakuje rewelacyjnie.
Tu się rozłączamy - Lucyna chce ruszyć do kolejnych sklepów z kaszmirem w centrum miasta, my z Romkiem chcemy się dostać na czarny rynek - największy targ w Ulan Bator. Nieco się obawiamy czy Lucyna się sama nie zgubi, ale skoro nam ze sobą nie jest po drodze, rozdzielić się trzeba.
Wołamy pod budynkiem centrum handlowego taksówkę. Wołamy znaczy wychodzimy na ulicę i wyciągamy rękę. Podjeżdża taksówka. Taksiarz ni w ząb nie zna angielskiego i kiedy mówimy mu "black market" patrzy na nas z rozdziabionymi ustami. Przypominam sobie, że czarny rynek nazywany jest także Narantuul, więc podaję tę nazwę. "Aaaa Narantuul, ok, ok" woła taksiarz. Najwyraźniej załapał. Wsiadamy więc i jedziemy. Po blisko pół godziny drogi w korkach przez centrum miasta taksówka staje i nasz kierowca pokazuje nam na budynek hotelu, na którym jak byk pisze Narantuul. "No, no" mówimy, "No hotel". Głowimy się, jak wytłumaczyć mu, że chodzi o rynek. Gestykulacja niewiele daje - taksiarz w kalamburach jest słaby. W końcu wpadam na pomysł, aby sprawdzić słowo rynek w słowniczku w naszym przewodniku. Sprawdzam i mówię: "Dzach! Dzach Narantuul". "Aaaa, dzach Narantuul" woła kierowca "Ok, ok". Zawracamy i... taksiarz zawozi nas w dokładnie to samo miejsce, skąd nas zabrał. Okazuje się, że dzach Narantuul jest na tyłach centrum handlowego, w którym byliśmy!
Na targu pełno jest ludzi. Wszyscy ostrzegają, że łatwo tu zostać okradzionym. Nam szczęśliwie się to nie zdarza, ale Romkowi otworzył ktoś kieszeń plecaka - przezornie nie miał tam nic cennego. Przez targ przewijają się głównie Mongołowie. W tym tłumie wydawać by się mogło, że to spotkanie niewiarygodne, ale spotykamy się tu z Agą i Bartkiem. Kupić tu można wszystko - ubrania, piękne mongolskie kozaki, meble, sprzęt kuchenny, porcelanę, siodła i wszystko, co potrzebne do oporządzenia konia. Ja kupuję sobie płyty z muzyką - za cztery, z czego jedna to dvd z teledyskami, płacę 3200TG (jakieś 8zł). W części ze starociami wypatrzam mosiężny przycisk do papieru w kształcie popiersia klaczy i źrebięcia. Piękny jest i mam wielką ochotę go kupić. Z 45000TG handlarka zgadza się zejść nie niżej niż do ceny 40000TG i w pierwszym momencie rezygnuję. Potem znów, gdy po namyśle decyduję się na zakup, zbyt daleko mamy po niego się wrócić. Roman kupuje tu swetr z wełny wielbłąda i zapas skarpetek na prezenty. Odkupujemy też dziewczynie z guesthouse'a zjedzone jej wczoraj ciastka.
Stąd jedziemy na pocztę wysłać kartki i na plac Suche Batora, gdzie znajduje się budynek parlamentu. Każdy Mongoł chce mieć w swojej gablocie z pamiątkami zdjecie z pomnikiem Czyngis Chana przy parlamencie. Robimy sobie takie zdjęcie i my. Zaczepiają nas tu uliczni handlarze sprzedający swoje rysunki. Niemal błagają o kupienie kilku ich prac. Ja kupuję trzy, Romek jeden. Są rysowane tradycyjnymi mongolskimi technikami akwareli i piórka, a przedstawiają sceny z życia wokół gerów.
Spotykamy tu też i odstępstwo od reguły, że "nie ważne, jak co wygląda, ważne, że spełnia swoją funkcję", wyrażajace zależność dokładnie odwrotną. Jeden z najnowocześniejszych budynków przy placu Suche Batora, który miał z założenia być centrum biznesowym i włożono w niego mnóstwo pieniedzy, stoi pusty, ponieważ inspekcja budowlana nie może go odebrać. Z oszczędności nie uwzględniono w konstrukcji budynku elementów zabezpieczających na wypadek trzęsienia ziemi.
Wracając do guesthousu wstępujemy jeszcze do narodowego domu towarowego. Ulegam pokusie i kupuję tu sobie swetr. Dla Romka po tym dniu słowo "kaszmir" będzie równoważne przekleństwu...
Kiedy oddaję dziewczynie z recepcji ciastka, woła do mnie "no, no" i mówi, ze ona dostała te ciastka od innej dziewczyny. Nie zgadzam się jednak, by ich nie przyjęła. Z tego, co mówiła, zrozumiałam, że te ciastka, które wczoraj jej zjedliśmy, sama dostała od kogoś w poczęstunku i dlatego nie chce ich od nas przyjąć. Później jednak okazuje się, że Lucynka przed nami jej je oddała i o tym właśnie dziewczyna mówiła. Tak więc wzamian dwóch dostała cztery. I bardzo dobrze! Sprawiedliwości stało się zadość.
Od czasu obiadu w centrum handlowym nic nie jedliśmy i burczy nam w brzuchach. Wybieramy się więc jeszcze z Romkiem zjeść gdzieś kolację. Znalezienie knajpy z jedzeniem o tej porze, to znaczy po godzinie 21, okazuje się tu być jednak wyzwaniem. W pierwszym z lokali nie ma już nic poza pizzą z mikrofali. Kolejny jest zamkniety z powodu wewnętrznej imprezy, a nastepny zaraz zamykają. W dość drogiej amerykańskiej restauracji co prawda skladamy zamówienie, ale po 10 minutach przychodzi kelner i przepraszając nas, mówi, że tego, co zamawialiśmy nie ma. Dziękujemy więc i zrezygnowani wracamy. Po drodze wpada nam w oczy niepozorna z zewnątrz knajpka chińsko-koreańska. Jest otwarta i jest tu trochę klientów, co znaczy, że zjeść coś można. To nasza ostatnia deska ratunku w kwestii ciepłego posiłku. Na nasze szczęście menu jest ze zdjęciami, bo nikt tu angielskiego nie zna i bez obrazków niemożliwym byłoby rozszyfrować, co jest do wyboru. Zamawiamy coś, co wygląda jak ryba. I rzeczywiście dostajemy rybę wraz z zestawem przeróżnych dodatków. Po raz pierwszy jem rybę pałeczkami. Smakuje wyśmienicie! Nie wiem, czemu tak jest, ale dopiero tu (przez te pałeczki?) poczułam, że jestem w Azji...

Dzień Trzydziesty Pierwszy - Spod posągu Buddy do stolicy

Niedziela, 22.08

Klasztor Amarbayasgalant Khiid, największy w Mongolii, jest malowniczo położony pośród zielonych wzgórz. Na stoku wzgórza położonego najbliżej klasztoru odznaczają się budowla białej stupy, do ktorej prowadzi 108 schodów i złoty posąg Buddy tuż obok. Stupa odsłaniana była miesiąc wcześniej, dziś otwarta zostanie droga prowadząca do posągu. Zjechali się tu z tej okazji lamowie z całego świata - są reprezentacje z Tybetu, Chin, a nawet z Australii. W głównej świątyni pod okiem kamery telewizyjnej trwają uroczyste modlitwy. Jest głośno od dźwięku trąb, gongów i recytacji mantr. Na honorowym miejscu, na podwyższeniu siedzi główny duchowny Mongolii, Rinpocze. Kilka osób roznosi pielgrzymom darmowe posiłki - ryż na słodko i smażone ciasteczka. Jest też i oczywiście sute czaj.
Przed wejściem do świątyni mnisi ukladają z barwionego piasku mandalę.
Moja uwaga wędruje za postacią staruszka w pomarańczowym stroju zdobionym w chińskie motywy. Nie wygląda z urody na Mongoła - jak sądzę przyjechał tu z Chin lub Tybetu. Spotykam go kilkakrotnie w róznych miejscach, zwiedzając teren klasztoru. Chwilę rozmawiam też z jednym z mnichów. Mówi, że na stałe mieszka tu 60-70 mnichów, on jest przyjezdny.
Czekamy do rozpoczęcia głównych uroczystości przy posągu. Są tu rozstawione namioty, pod którymi zasiedli lamowie, mnisi i mniszki. Przed nimi przewijają się fotografowie. Rozpoczynają się długie przemowy powitalne i recytacje sutr. Spędzamy tu od momentu przybycia kilka godzin i zapowiada się, że uroczystości potrwają jeszcze kilka kolejnych, więc nie doczekujemy samego momentu otwarcia schodów prowadzących pod złoty posąg.
Gdy jedziemy dalej, zastanawiam się, czy w Mongolii są katolickie kościoły - w ciągu tych czterech tygodni nie widziałam ani jednego. W godzinę później dostaję odpowiedź. Mijamy w miejscowości po drodze budynek z krzyżem na dachu. Teraz z kolei zastanawiam się, jak to tu jest z wypadkami - przypominam sobie chaos na ulicach Ulan Bator i myślę, że statystyki wypadków muszą być tu wysokie. Rozmawiamy o tym w samochodzie. W 2 godziny później na drodze przed nami widzimy dwa samochody po stłuczce. Na środku jezdni leży bezwładnie ciało kobiety. Przy jednym ze zmasakrowanych samochodów ktoś przykuca, rękoma obejmując głowę. Wypadek musiał stać się niedawno. Jak szybko może dotrzeć tu pomoc? I gdzie jest najbliższy szpital? Czy w oddalonym o jakieś 100km Ulan Bator? Jedziemy jedyną prowadzącą do stolicy drogą asfaltową i nie mija nas żadna karetka. Możliwe, że pomoc nadjedzie z drugiej strony...
W drodze wypisujemy dla Cirina kartkę na pożegnanie. Piszemy jej treść słowami w różnych językach - tak jak z nim rozmawialiśmy. "Wszystkiego haroszego ziełajem naszemu sain Padrugowi. Balszoje bajerlaa za prekrasne voyage po cestach Mongolii. Merci very much!". Przejechaliśmy razem w ciągu 26 dni 3620km. Bardzo się ze sobą zżyliśmy w tym czasie. Pożegnać się będzie nie łatwo... Mało prawdopodobne, że jeszcze kiedyś się zobaczymy. Choć życie bywa tak zaskakujące - kto wie...?
Do Ulan Bator dojeżdżamy wieczorem. Wpierw jedziemy tutaj do banku, gdyż znów skończyły nam się tugriki. Pobieramy z automatu karteczkę z numerem w kolejce. Pod numerkiem na mojej karteczce jest napis: "3 persons in front of You". Lucynka ma napis: "4 persons in front of You". Jednak wbrew temu, co pisze na naszych karteczkach, przed nami jest jakieś 20 osób. Jest niedziela, godzina 20, a bank pełen jest ludzi. Siadamy w poczekalni i rozmawiamy. Wtem słyszymy: "Cześć, dzień dobry, jak się masz?" Po polsku zagadnął nas siedzący obok mężczyzna. Nasze zaskoczenie nie zna granic, bo to rodowity Mongoł. W kraju, w którym nawet po angielsku czy rosyjsku trudno jest się dogadać, nagle mamy możliwość porozmawiać w naszym języku ojczystym! Okazuje się, że ów mężczyzna w latach 80-tych studiował przez 2 lata w Warszawie i miał polską dziewczynę. Od 20 lat mieszka w Monachium w Niemczech i do Mongolii przyjechał ledwo co tydzień temu. Pokazuje nam stempel w paszporcie wskazujący, że 10.08 przekraczał polską granicę. Pytamy go o to, co słychać w Polsce, ale powiedzieć nam nie potrafi, bo był przejazdem przez nasz kraj tylko 3 dni.
Prosto z banku Cirin zawozi nas pod guesthouse. Czas się pożegnać. Cirin pokazuje, że będzie za nami płakał. Nam też bez zwątpienia będzie go brakować... Był w podróży wspaniałym kompanem! Wyściskujemy się i mówimy sobie Bajertai - do zobaczenia.
Nasz guesthouse jest bardzo wygodnie urządzony. Jest tu nawet pralnia, do której od razu oddajemy wszystkie swoje ciuchy. Z luksusem tego miejsca jest nam aż nieco niezręcznie. Dziewczyna z obsługi ściele nam łóżka... A wszystko to za bardzo niewielkie pieniądze.
To też miejsce, gdzie nawiązujemy dużo znajomości. Są tu dwie Francuzki z Prowansji, które przyjechały do Mongolii odwiedzać klasztory buddyjskie, jest młody chłopak z Izraela, który po zakończeniu służby wojskowej wyruszył w półroczną podróż po Azji, jest Hindus, który jest w samotnej podróży po świecie od 2 lat, jest Szwajcar, który jest w podróży koleją transsyberyjską do Pekinu, jest para Holendrów, którzy do Mongolii dopiero co przyjechali i rozważają trasę podróży. Holendrzy dopiero teraz przy rozmowach przy stole dowiadują się z wielkim zaskoczeniem od Szwajcara o katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem. Dla nas także jest zaskoczeniem, że wieści z Polski ich ominęły.
Na stoliku, przy którym siedzimy, leży paczka ciastek "choco pie" (mniam!). Romek częstuje się jednym i zachęca mnie do tego samego. Daję się skusić, ale po chwili okazuje się, że ciastka należały do bardzo sympatycznej dziewczyny z recepcji! Ona mówi, że nic się nie stało, ale nam teraz jest głupio... Jutro jej odkupimy.

Info praktyczne: w Ulan Bator bardzo polecamy guesthouse Idre's: www.idretour.com
Cena noclegu: 5 dolarów, bardzo sympatyczne kierownictwo, samo centrum miasta.

wtorek

Dzień Szósty - Sainbainauu, Mongolia!

Środa, 28.07

Ulan Bator nazywane jest najbrzydszą stolicą świata. To stwierdzenie nie dziwi, gdy weźmie się pod uwagę estetyczny i architektoniczny nieład, jaki tu panuje. Wydaje się, że Mongołowie zupełnie nie przywiązują wagi do tego, jak coś wygląda ani gdzie stoi, ważne, aby spełniało swoją funkcję. Poobdzierane kioski ruchu, jurty rozstawione na chodnikach tuż przy miejskich zabudowaniach i parkujące na ulicy samochody to widok powszechny. Co krok są knajpki z karaoke i night cluby, choć można i znaleźć reklamujący się krzykliwym neonem lokal z muzyką flamenco. Na przedmieściach dachy jurt bielą się pomiędzy kolorowymi dachami murowanych i drewnianych domków. To miasto chaosu. Chaotyczna jest nie tylko architektura, chaotyczna jest tu cała organizacja życia. Ulice są bardziej dzikie niż step. Gdyby wkroczyła tu polska policja, sypałyby się mandat za mandatem. Piesi przechodzą przez ulice pomiędzy jadącymi samochodami, a kierowcy jeżdżą tak, jakby jedynym warunkiem dla wydania im prawo jazdy było opanowanie umiejętności jechania do przodu i naciskania klaksonu. Trąbią na siebie często, ale nie nerwowo - trąbić po prostu kiedy się jedzie trzeba. Zdarza się, że na środku skrzyżowania stoi kierujący ruchem policjant, jednak i tak nie trudno wyobrazić sobie tutaj wypadek. W tym wszystkim jednakże zaznacza się unikatowy urok tego miasta i etykieta najbrzydszej stolicy swiata w cieniu tego uroku niknie.
Podobnie jak w dwóch innych miastach w Mongolii stanowiących czołową trójkę największych tu miast, Erdenet i Darchan, mieszkańcy Ulan Bator wzorują się na zachodnim stylu życia. W tych miastach koncentruje się świat biznesu i ośrodki przemysłowe (wydobycie miedzi i węgla brunatnego, produkcja materiałów budowlanych i wyrobów ze zwożonego tu z prowincji kaszmiru). Ludzie słuchają MTV i ubierają się w ciuchy markowane nazwami zapożyczonymi od znanych światowych firm. Młodzi ludzie na ulicach wyglądają tak samo jak w krajach europejskich. Chłopcy noszą modne fryzury, a dziewczyny mają nienaturalnie białą cerę - wydaję się, że podobnie jak w Indiach panuje tu moda na kremy wybielające naturalną ciemną karnację. Najwyraźniej nie ma za to, jak u nas, mody na damską depilację - maszynek do golenia dla pań w jakiejkolwiek postaci nie uświadczy się w żadnym sklepie.
O 10 rano przed blokiem czeka już na nas kierowca. Przedstawia nam się, lecz już po chwili nie pamiętamy jego imienia. Nasze europejskie ucho z trudem przyswaja mongolskie sylaby. Jedyne słowo, którego dotąd udało nam się nauczyć to "Sainbainauu" czyli "Dzień dobry, jak się masz". Misiek, jak Wiesław ochrzcił zastępczo kierowcę, zna po trochu słów z kilku języków, więc tymiż się z nim porozumiewamy. Nasza wymiana zdań w czasie całej podróży jest zbitkiem wyrazów angielskich, rosyjskich, czeskich (nasz Misiek przez pół roku pracował w dawnej Czechosłowacji, sprzedając buty), mongolskich (z czasem opanowaliśmy mongolskie dziękuję i nazwy rodzajów mięsa) i polskich. Nieporozumienia zdarzają się rzadko. Szybko chwytamy też dobry kontakt. Misiek to człowiek z sercem na dłoni i życzliwym uśmiechem w oczach. Zaradny okazuje się być przy tym ogromnie i celująco obeznany z bezdrożami stepu. Niczym anioł stróż czuwać też będzie nad tym, by nasza podróż była tak tania, jak tylko jest to możliwe. Nie ma dwóch zdań co do tego, że bez niego nasza wyprawa nie miałaby swojego kształtu.
Nasze autko to stary rosyjski uaz. Obok kierowcy jest miejsce dla jednej osoby, z tyłu dla pięciu. Dla nas jak ulał. W okienkach wiszą niebieskie zasłonki, a ściany i sufit wyłożone są miękkim skóropodobnym obiciem. Fotele całkiem komfortowe - zdaniem Wieśka jest tu wygodniej niż w land roverze! Z przodu siada dziś Romek, my rozgaszczamy się z tyłu. W ciągu kolejnych tygodni będziemy się zmieniać miejscami.
Jedziemy wpierw do banku wymienić dolary na tutejszą walutę, tugriki. Wszyscy razem do kupy mamy ich teraz blisko milion. Pliki banknotów (monety nie są w obiegu tu wcale) ledwo się mieszczą w naszych portfelach. Część pieniedzy od razu trafia na zasadzie składki do "wspólnej kasy" w saszetce Romka. To będą pieniądze na jedzenie, paliwo i noclegi.
Z banku jedziemy na targ zaopatrzyć się w jedzenie na podróż. Manlai doradził nam, aby to tutaj kupić większość suchego prowiantu na drogę, bo wszelkie produkty typu konserwy, makaron, ryż, herbata są tutaj tańsze niż na prowincji. Postanawiamy więc zrobić zapasy na całe 26 dni, a po drodze zaopatrzać się jedynie w warzywa, wodę i pieczywo. Targowisko jest tak duże, że łatwo tutaj pobłądzić. Wpierw część produktów kupujemy wspólnie, co chwila znosząc je do samochodu, potem rozdzielamy się na dwie grupy - chłopcy idą kupić podróżną kuchenkę wraz z zapasem kartuszy z gazem do niej, my idziemy po warzywa. Oczywiście z talentem gubimy nie tylko się, ale gubimy i część zakupów. Gdy w końcu udaje nam się odnaleźć samochód, odkrywamy, że kapusty i marchewki, które z całą pewnością kupiłyśmy, nie ma w siatkach z warzywami, które szczęśliwie udaje nam się donieść...
Opuszczamy Ulan Bator i ledwo ujeżdżamy kilometr, kończy się asfalt. Dróg asfaltowych w całej Mongolii jest wszystkiego 1600 kilometrów. Dla uprzytomnienia jak to niewiele, powiem, że w 5 razy mniejszej Polsce mamy ich ponad 240 tysięcy kilometrów. Asfalt poprowadzony jest tu od granicy z Rosją do stolicy i od stolicy w kierunku granicy chińskiej, a także do miast Erdenet i Ajvarcheer w pobliżu Karakorum. Gdzieniegdzie można zobaczyć w stepie walce mające przysłużyć się do budowy kolejnych odcinków asfaltu i teren przygotowany pod ich budowę, stopniowo więc pewnie dróg utwardzonych będzie przybywać. Póki jednak ich nie ma, przemierzanie mongolskich dróg na siedzeniach uaza samo w sobie jest atrakcyjną przygodą. Podskoki i kołysanie to chleb powszedni. Co wrażliwsi mogą nabawić się choroby morskiej. Drogi są mocno wyboiste. A jest ich tak dużo do wyboru, że nie raz dziwimy się naszemu kierowcy, na jakiej podstawie wybiera tę właściwą. Czasami w ogóle nie jedziemy po drodze, tylko przecieramy sobie szlak w szczerym stepie. Nie ma tu żadnych drogowskazów, a nasz kierowca nie posługuje się ani GPSem, ani nawet mapą. Jedzie na pamięć i zawsze dowozi nas w miejsce, w które mamy dotrzeć. Czy błądzimy, nie jesteśmy w stanie powiedzieć. Grunt, że ostatecznie zawsze docieramy do celu. Tu nigdy nie da się określić z góry, jak długo zajmie dotarcie na miejsce. Można powiedzieć, że dystans do przebycia to 150km, ale czy przebędzie się go w 3,5 czy 5 godzin, Bóg jeden raczy wiedzieć.
Jedziemy przez zielone, pagórkowate przestrzenie. Inne samochody mijamy z rzadka. Co pewien czas to tu to tam widzimy pasterzy na koniach spędzających liczne stada kóz i owiec lub samotnego jeźdźca galopującego przez step na koniu. Mimo iż obawiam się jeździć konno, tu zaczynam odczuwać ku temu pokusę. Przestrzeń po prostu wzywa do tego, by ją przemierzać w galopie. Co kilkadziesiąt metrów widzimy też siedzące w trawie duże ptaki drapieżne - orły stepowe. Zniknęły już z krajobrazu słupy wysokiego napięcia doprawadzające prąd do stolicy i wkoło, gdzieby nie spojrzeć, jest niezmącony działalnością człowieka bezmiar zieleni. Pola uprawne w Mongolii stanowią zaledwie 1,5% powierzchni kraju. Krótki okres wegetacji nie sprzyja uprawom. Owoców praktycznie nie ma tu wcale poza dziko rosnącymi porzeczką, rabarbarem i brusznicą. Podstawą gospodarki jest hodowla. Żyje tu 3 miliony ludzi, sztuk zwierząt hodowlanych w 2008 roku było natomiast 33 miliony. Ta zima była bardzo ostra i wyginęło aż 8 milionów. Kości zwierząt lub ich rozkładające się ciała są częstą "ozdobą" stepu. W związku z koczowniczym trybem życia, poza miastami nie istnieje pojęcie własności prywatnej i ludzie nie grodzą swojego dobytku. Zwierzęta chodzą samopas wszędzie. Zatrzymujemy się zrobić zdjęcia przy pierwszym napotkanym stadzie koni. Odpoczywają w upale przy drodze, którą jedziemy, będąc niezwykle wdzięcznym obiektem dla obiektywu.
Po południu robimy postój na lunch. Rozkładamy na ziemi płachtę i siadamy na niej w cieniu samochodu, przygotowując posiłek. Otwieramy konserwę wołową, kroimy paprykę i zajadamy je z chlebem. Nasz kierowca zapisuje w swoim zeszycie z notatkami nasze imiona i przy każdym dodaje jakąś krótką informację dla skojarzenia z osobą. Romek - szef, Lucynka - kręcone włosy, Agnieszka - mała i energiczna, Wiesiek - nie wiadomo dlaczego: śpiewa. Nam głupio jest zapytać, by przypomniał nam swoje imię, więc w dalszym ciągu jest dla nas Miśkiem.
Całą resztę dnia spędzamy w samochodzie. Pod wieczór zatrzymujemy się, by sfotografowac pierwsze skaliste pasmo górskie na naszej trasie. Widok gór od zawsze działa na moje serce jak balsam. W pobliżu pasie się stadko koni. I ta cudowna przestrzeń wkoło, bezludzie... Wspaniale tu.
Mamy trochę poślizgu w czasie przez poranne zakupy i nie udaje nam się dojechać przed zmrokiem do miejsca, gdzie planowaliśmy rozbić się z namiotami na nocleg. W dodatku wieczorem zaczyna padać, więc rezygnujemy ze spania w namiotach, by nie rozkładać ich po ciemku w deszczu. Czeka nas zatem pierwsza noc w gerze. Ger w mongolskim języku oznacza po prostu dom. W naszym języku gery nazywamy jurtami. Mongołowie nie lubią jednak angielskiego słowa "yurt" używać na określenie swoich gerów, zwykle poprawiając, gdy ktoś używa tej nazwy. O miejsce do spania w gerze okazuje się jednak być trudno. Auły, czyli siedliska złożone z kilku gerów często należących do jednej rodziny, w stepie rozsiane są z rzadka. Nasz kierowca pyta w tych kilku napotkanych po drodze na przestrzeni kilku godzin o możliwość przenocowania dla nas, jednak bez skutku. Jest już godzina 23, zupełnie ciemno, wkoło dziki step, a my jeździmy tam i z powrotem. Kierowca oświetla przestrzeń przed sobą reflektorami i obracając się samochodem w kółko, stara się wypatrzeć w polu widzenia kolejne białe płótno geru. Powoli tracimy nadzieję, ale... Jest! I tym razem w końcu się udaje. Znajduje się tu dla nas miejsce. Dostajemy do dyspozycji ger postawiony dla turystów. Rodziny często stawiają obok własnych gerów taki ger turystyczny i wynajmują go podróżnym. W środku rozstawionych jest na około 6 łóżek - część z drucianej siatki, część zbitych z desek, a po środku stoi niski stolik. Gospodarze zawsze przynoszą tu swoim gościom termos z wrzątkiem. Nocleg kosztuje nas 2500 tugrików, czyli mniej niż 6 złotych od osoby. Nasz kierowca będzie spał w samochodzie - robi sobie wygodne legowisko na złożonych tylnych siedzeniach. Jest już po wpółdo dwunastej i krótko po rozładowaniu bagaży, zmęczeni, zasypiamy.

Info praktyczne: Produkty spożywcze tańsze są w stolicy niż na prowincjach i tańsze na targowiskach i w małych sklepikach niż w dużych supermarketach (ta zasada tyczy się całej Mongolii)
Koszt noclegu w gerze turystycznym: 2500-3500 tugrików.
1 dolar = 1350 tugrików.